Pierwszy raz w życiu pozwoliłam sobie o czymś zamarzyć pod koniec podstawówki. Wymyśliłam wtedy, że zostanę dziennikarką.
Ktoś podciął mi skrzydła i nigdy nie spróbowałam.

Na drugie marzenie pozwoliłam więc sobie dopiero wiele lat później.
Islandia.
Najpierw – bo ta nazwa nic mi nie mówiła. Potem: bo Sigur Rós, bo wodospady, bo to wystarczająco daleko. Bo poczułam, że właśnie takiej podróży potrzebuję.

Pojechałam z przyjaciółką.
I chcę wam o tym opowiedzieć.

Krótko. Musicie zostać z niedosytem. Tylko was poczęstuję.

Iceland-Trip_logo

Start: 11 sierpnia 2014, Katowice.

Polski Bus do Berlina, prosto na lotnisko Schönefeld. Jest słonecznie i ciepło, wynajdujemy najtańszą kawę, espresso można naprawdę długo pić. W pierwszej kolejce ustawiamy się szybko, w drugiej już jako niemal ostatnie, żeby usłyszeć, że zatrzymano nasz bagaż.
Wikingowie, choć zdają sobie sprawę, że to głupie, próbują zabrać do samolotu butlę z gazem.

Pierwszy widok wyspy to czarna ziemia i snujący się tuż nad nią dym. Strużkami, kłębami. Przestrzeń. Przeczucie wiatru. To, po co tam lecę.

Keflavik i nikt nie rozumie nazwy ulicy, na którą chcemy się dostać w Reykjaviku. Na szczęście, kiedy wysiadamy z busa, podchodzi do nas Jimi i prowadzi do swojego mieszkania.
Jimi ma szeroki uśmiech, a na nogach japonki, kiedy my w polarach i czapkach.
Dostajemy swój pokój.
Idziemy spać we własnym pokoju w centrum stolicy Islandii.

12-14 sierpnia, Reykjavik

Najpopularniejszy w mieście market otwierany jest późno, więc pod drzwiami czekają klienci, dla których zresztą przygotowano prowizoryczne ławki. Ceny wydają się nie być aż tak straszne, a słońce pozwala na zjedzenie tego pierwszego śniadania na nabrzeżu.

Kolejne dni utrwalają wrażenie, że doskonale już znam centrum, a nawet kojarzę niektórych mieszkańców. Nim zrozumiem skalę mapy miasta, wydaje mi się, że w kolejne miejsca, które chcę odwiedzić, będę wędrować godzinami. Nic z tych rzeczy, tu wszędzie jest blisko.

Małomiasteczkowość egzotycznej stolicy. Wygodna, szyta na moją miarę.

Najstarszy basen, w którym gorących kąpieli zaznaje się na balkonie. A kolejne miejsce, pozwalające na wskoczenie w bikini, jest z widokiem na ocean. Słońce spala nam nosy i ramiona, rzadko w trakcie całego pobytu doświadczymy „islandzkiej pogody”, choć jej słynnej zmienności – owszem.

Wkuwam prawidłową wymowę Ejjafjatlajołkutl i czekam na wyprawę, o której przecież marzyłam od lat.

Dni są długie. Mieszkanie wygodne. Woda pod prysznicem cuchnie i już wiem, że będę tęsknić i za tym.
A na razie, przez tych parę dni, codziennie te same ulice i twarze. Jest lepiej, niż przeczuwałam, że będzie.

15-22 sierpnia, podróż wokół wyspy

Przyjechałam po przestrzeń, wiatr, dla wodospadów. Dostaję także słońce, błękit nieba, a pogoda tylko parę razy pokazuje nam się w nieco mniej przyjemnej wersji.

Wyobrażałam sobie skakanie z radości, okrzyki, śmiech. Tej podróży towarzyszy jednak przede wszystkim cisza. Rozmowy z Łucją nie są długie, obie nie mamy potrzeby komentowania wszystkiego, czego doświadczamy.

Z dnia na dzień czuję, jak Islandia otwiera mi głowę. Przełączam się na tryb podstawowych potrzeb – umyć zęby, zdjąć soczewki, włożyć soczewki, zjeść, wyspać się mimo zimna (śpimy cały czas w samochodzie), znaleźć krzaczek, zachować porządek w plecaku, dojechać do kolejnego zaplanowanego celu, zatankować.
I to życie z dnia na dzień przestaje się kojarzyć z lekkomyślnością, właśnie takie zdaje się mieć sens. Tylko takie.

Pingvellir National Park – Geysir – Gullfoss – Hveragerði – Seljalandsfoss – Seljavallalaug – Skogafoss – Vik – Kirkjubæjarklaustur – Svartifoss – Jökulsárlón – Fiordy Wschodnie – Djúpivogur – Seydisfjorður – Hengifoss – Hverarönd – Grjótagjá – Mývatn – Dimmuborgir – Godafoss – Akureyri – Hvammstangi – Vestfirðir – Hólmavík – Snaefellsnes – Helgafell – Stykkishólmur – Borgarnes – Hvalfjörður – Glymur Foss

Nic mnie nie boli, mało co złości, spokój wypełnia powoli od stóp po czubki uszu. Choć nie jechałam z postanowieniem przemyślenia czegokolwiek, pod koniec uświadamiam sobie, że znam już odpowiedzi na pytania, które kołatały mi się po głowie. A może po prostu wątpliwości wywiał wiatr, fantastyczny, rozciągający usta w uśmiech, robiący porządek w środku, miejsce na nowe.

Wiem już, że większość decyzji, które wkrótce podejmę, podejmę ja sama, świadomie, pod niczyje dyktando, nie ze strachu, nie z bezradności, tylko odrzucając inne opcje. Wiem już, że Islandia nie była przypadkiem.

23 sierpnia, Reykjavik – Menningarnótt (Noc Kultury)

Najpierw zostawiamy niezłą kasę na pchlim targu. Jeśli wrócę do tego miasta, przywiozę ze sobą mniej ciuchów i ubiorę się właśnie tam.
Potem próbujemy być po trosze wszędzie, bo wszędzie coś się dzieje. Taniec towarzyski na podziemnym parkingu. Impreza z muzyką klubową na sztucznym trawniku na środku ulicy. Koncert chóru queer w banku.

Nocą się upijam, najpodlej i bez odrobiny wstydu. Czuję się tu bezpiecznie i pozwalam sobie na brak odpowiedzialności, na wyłączenie rozsądku.

Rano następnego dnia słyszę: Teraz jesteś prawdziwą Islandką!

25 sierpnia, powrót

Noc na berlińskim dworcu, powietrze znowu ma zapach i nie jest on przyjemny, znowu wszędzie jest brudno i głośno. Nie czuję jednak tęsknoty, tylko radość i wdzięczność za to, co za mną. Przede wszystkim, wobec Łucji i samej siebie – zamarzyłam, zaplanowałyśmy, udało się.

później

Kiedy muszę poprosić szefa o wypowiedzenie, a mam pietra, mówię sobie – spałaś w samochodzie, jechałyście same wokół wyspy i dałaś radę. Jakiegoś gościa się boisz?

Islandia, ta podróż, ten spełniony sen, pomaga nadać właściwą skalę.

A w szufladzie kolejna koperta z podpisem marzenie. I wiem, że znowu się uda.