Ta urocza krzyżówka jamnika, sarny i nietoperza nie jest moją własnością. Wabi się Czarny i ganiała na Family Picnic Sale – sympatycznej imprezie wyprzedażowej, w której wzięłam udział wczoraj, niewiele sprzedając, ale odpoczywając, czytając i rozkoszując się wolną sobotą.

Niewiele ostatnio miałam takich dni – i jakoś nie umiałabym zacząć z tego powodu narzekać.

Ważniejsze wydaje mi się to, że w tej chwili siedzę w fotelu, który, przypomnę, sama przytargałam, ratując go przed śmieciarką, w moim wysprzątanym wreszcie mieszkaniu. Drzwi balkonowe są szeroko otwarte i dobiega zza nich śpiew ptaków, bo mieszkam w sąsiedztwie kilku wysokich i bujnych drzew.
To nie będzie długi wpis; przyłapałam się właśnie na braku pomysłu na niego i piszę go właściwie tylko po to, żebyście wiedzieli, że nadal chcę się tu pojawiać – i żeby, oczywiście, podsumować miniony miesiąc.
Powinnam była to zrobić ponad tydzień temu, ale nie wydaje mi się to jakąś szczególną przewiną.
Kiedy skończę pisać, przebiorę się, zrobię sobie kilka kanapek, wsiądę na rower i pojadę na noc do Mężczyzny. Rano na rowerze pojadę do pracy, którą kocham (i której też czasem, oczywiście, nienawidzę).

Tak, to jest ważniejsze.

W temacie mojego jeżdżenia samochodem po mieście, niewiele się zmieniło. No, może tyle, że częściej już kwestionuję podpowiedzi nawigacji, a pobłądzenie nie jest dla mnie końcem świata. Choć fakt, że nagłe spostrzeżenie, że się mija tablicę z napisem „Wieliczka” i konieczność zawracania w miejscu niezupełnie do tego przeznaczonym, przy jednoczesnym zauważeniu, że się już właściwie jedzie na oparach paliwa – no, to troszkę podnosi ciśnienie, przyznaję. I dobrze! Od tego też się nie umiera!

W mieszkaniu jest ważna zmiana pod tytułem „lustro”. Wielkie, widzę się w nim cała, nie muszę się już przeglądać w szybie balkonowej. I dzięki temu wiem, że taki cud, jak zeszczuplenie łydek, jest jednak możliwy – a także wiem, że w niektórych ciuchach nie powinnam była pokazywać się światu i już tego błędu nie powtórzę.
Oprócz tego, nadal dramatycznie brakuje mi miejsca w szafie i nie mam pomysłu, jak sobie z tym poradzić, więc na razie radzę sobie tak, że rzadko prasuję.

W pracy zapieprz taki, że chyba zmęczyłabym się już samą próbą opisania go, ale – uwaga – zrobiłam ogromny krok do przodu: porozmawiałam z szefem o premii. I ta rozmowa miała korzystny dla mnie przebieg!
Zresztą, nie pamiętam, czy już tu pisałam, że dostałam też niedawno podwyżkę?..

Z finansami jest więc lepiej, choć jeszcze mam sobie sporo do zarzucenia w kwestii roztropnego zarządzania środkami. Najprawdopodobniej byłoby nieco łatwiej, gdyby z okolicy zniknęły ciucholandy, lodziarnie, truskawki i obwarzanki, tylko czy moje życie miałoby wtedy jeszcze jakikolwiek sens, tego nie jestem pewna.

Co do uprawiania sportów, zrozumiałam wreszcie, że żadna regularna aktywność nie wchodzi w grę. Marzyłam o powrocie do jogi, ale zapisanie się na zajęcia mija się z celem w sytuacji, kiedy nigdy nie wiesz, o której wrócisz z pracy. Teoretycznie, można by każdego dnia znajdywać chwilę na bieganie – w praktyce taką chwilę mogłabym znajdywać tylko rano, a póki co, nie wyobrażam sobie, żeby z tego powodu zmusić się do wcześniejszego wstawania. Nie wydaje mi się, że to by miało szansę sprawić mi przyjemność.
Pozostał jednak rower i faktem jest, że w życiu tyle na rowerze nie jeździłam. Do pracy, z pracy, do Mężczyzny, do jego dziadka, na kawę, nad Zalew, na basen…
Moja duma i chwała to nocny powrót na rowerze z Rynku; trasę, co prawda, totalnie popierniczyłam, przez co jechałam sporo dłużej, niż powinnam, ale po drodze poznałam strasznie fajną hutaskę, no i heloł, ja przez godzinę na rowerze!? Bez przerwy!? Jestem pieprzoną królową życia.

No a miłość… ech, miłość… Piliśmy dziś rano kawę z termosu, w  Parku Ratuszowym. Po południu przyszłam do niego na obiad, przynosząc koktajl truskawkowy, potem on wrócił do pracy, ja zasnęłam, zadzwoniła moja mama, żebym mogła posłuchać, jak śpiewa kos w jej ogrodzie.

A właśnie… ptaki za oknem przycichły i zrobiło się ciemniej. Muszę podlać pelargonie, chleb posmarować serkiem i posypać siemieniem z solą, rower znowu znieść z drugiego piętra i lampkę rowerową włączyć agrafką.