Na zdjęciu powyżej, od lewej – moja babcia, moja mama i ja. Daty są jedynie przybliżonymi datami wykonania zdjęć.

Moja babcia przez okrągły rok jeździ kilka razy w tygodniu na rowerze do kościoła. Tak, również zimą. Przed paroma laty miała na rowerze poważny wypadek, ale nie przekonaliśmy jej do odstawienia go na bok. Serio; nawet, kiedy mróz ścina wiejskie drogi w okrutne ślizgawki, babcia woli się na nich ślizgać z poziomu siodełka.

Ja przed tygodniem też wsiadłam na rower, jednorazowo, żeby łatwiej przywieźć warzywa z targu.

Wrzuciłam zdjęcie na fejsa.
Moja babcia je skomentowała.

Tak; ma 75 lat i niedawno założony profil na facebooku. W komentowaniu, jest jedną z najbardziej aktywnych moich znajomych.

Ma świetne poczucie humoru, serce gigantyczne jak przedświąteczne korki na bramkach na A4 i jeśli obieca, że się w czyjejś intencji pomodli, to nie ma bata – będzie dobrze.

Kiedyś, przez parę lat, właściwie… zastępowała mi mamę.

A to było tak.

Kończyłam podstawówkę i miałam wybraną szkołę średnią. W tej samej miejscowości, wiedziałam nawet, z kim z obecnej klasy znowu w klasie wyląduję. Kiedy wracałyśmy z lekcji, Weronika opowiadała, że będzie menadżerką jakiejś gwiazdy, a ja odpowiadałam, że będę się z nią umawiać na wywiady, bo przecież od zawsze było wiadomo, że zostanę dziennikarką.

Potem poszliśmy do ósmej klasy i wszystko się rozpieprzyło.

Zginęła koleżanka, której nikt nie lubił i chyba wszyscy wtedy pierwszy raz byliśmy dorośli.
Jeszcze w tym samym miesiącu umarła prababcia, która dla babci i dziadka była już, właściwie, przede wszystkim ciężarem, więc było wiadomo, że mogą się ze starego domu, mocno popękanego wskutek szkód górniczych, przeprowadzić do nowego, właśnie kończonego.
Jeszcze tej jesieni jednak, umarł dziadek.
Byliśmy więc nadal dorośli, choć dorośli byli wtedy trochę dziećmi.
W szkole muzycznej nauczyciel fortepianu ustalił z moimi rodzicami, że drugi stopień będę kończyć w Cieszynie.
Mnie powiedziano, że to oznacza również pójście do cieszyńskiego liceum, nikogo tam nie znałam, ale miałam zamieszkać z dalszą rodziną taty lub w internacie (choć może ten internat tylko ja sama sobie wymyśliłam, może nikomu poza mną nie przyszedł on w ogóle do głowy).

Dziadek umarł, babcia zostałaby sama – rodzice powiedzieli, że zamieszkam z nią.

Miałam 15 lat i pierwszy raz zobaczyłam wyraźnie, że nie decyduję o swoim życiu.
Nie wiem, w jakim stopniu innym piętnastolatkom wolno – i wolno było wtedy – podejmować najważniejsze decyzje o sobie, ale wiedziałam, że moje koleżanki zdają egzaminy do tych szkół, które sobie wybrały; do tych, o których mi od dawna mówiły.
Ja dostałam nowy pokój, z meblościanką na wysoki połysk, telewizorem i z dość głupio zaraz pod nim postawionym biurkiem.

Z zawsze gorącym kaloryferem, kubkiem herbaty, jeśli tylko o nią poprosiłam, talerzem kanapek…

… ale tego wtedy nie widziałam.

Widziałam, że zdecydowano za mnie. Że skoro przez 15 lat byłam grzeczna, niemal najmądrzejsza w rodzinie, to teraz za karę mam być nadal grzeczna i tylko jeszcze mądrzejsza. Że zamiast koleżanek i rodzeństwa, mam babcię i jej głuchego psa. Pociąg o siódmej rano i samotne powroty po ciemku, bo zajęcia w szkole muzycznej kończyły się późno.

Nie znalazłam dla siebie zbyt wielu form buntu, więc ja, kończąca szkołę podstawową z trzema szóstkami na świadectwie, jedną czwórką i piątkami – po prostu przestałam się uczyć. Do obu szkół zresztą. I o ile w szkole muzycznej efekty były widoczne tylko na lekcjach fortepianu, bo zwyczajnie miałam bardzo dobry słuch i nawet nieprzygotowana, nadal zaliczałam inne przedmioty śpiewająco, o tyle w liceum dość szybko zaczęło być widoczne, że najprawdopodobniej mam wszystko w dupie.
Z szafy wyjęłam ciuchy z młodości moich rodziców (tak, obojga), ale nie pomyślcie, że stałam się jakimś absolutnym złem wcielonym – zaczęłam też chodzić na oazę.

Tak, czując się odrzuconą przez rodziców, szukałam rozpaczliwie akceptacji, szukałam nowego środowiska.

Nigdy, tak naprawdę, nie poczułam w tamtych latach, że w jakieś środowisko udało mi się rzeczywiście wejść. W weekendy, kiedy koleżanki z klasy umawiały się na mieście, ja jechałam do rodziców. Żeby wysłuchać ich kazania i zobaczyć niechęć w oczach brata i siostry, którzy na te dwa dni schodzili na dalszy plan.

I tak naprawdę, mogłabym o tym wszystkim pisać długo, może nawet kiedyś to zrobię w kilku wpisach, skorzystam znowu z tej metody leczenia się z dawnych ran przez publiczne się nimi obnoszenie – ale nie dziś.

Dziś Dzień Babci, dziś chcę o niej.

Bo moja babcia może powinna była mnie bardziej pilnować, gonić do zeszytów – ale nie robiła tego.
Kiedy wracałam do domu śmierdząc papierochami, nie komentowała tego ani jednym słowem.
Nigdy nie kazała mi przykładać do pieca.
Zawsze czekał na mnie obiad.

Kiedyś przyznała, że widząc mnie rano, wychodzącą z domu w jakiejś kolejnej zbyt szerokiej i zbyt długiej spódnicy, stawała tylko w oknie i modliła się, żebym się w tę kieckę nie zaplątała i nie wyrżnęła.

Nie zastąpiła mi nigdy mamy w sensie kontroli, musztry, opieprzania.
Wychowywała mnie inaczej.
Nieustającym okazywaniem zaufania do mnie i wiary, że nie robię nic złego.

W jej oczach byłam zawsze mądra i dobra. Czasem naprawdę ją wkurzałam i to też mogłam wyczytać w jej spojrzeniu, ale nigdy – usłyszeć.

Kiedy nocą bolał mnie brzuch, przychodziłam do niej do łóżka i sen na jej kocach i owczej skórze, pod wielką pierzyną, był zawsze najlepszym lekarstwem.

Jakimś cudem ukończyłam to liceum, z niezbyt fascynującą średnią ocen i zerowymi szansami zostania dziennikarką, ze szkoły muzycznej w międzyczasie rezygnując. Kiedy zdałam na studia, również w Cieszynie, zostałam u babci, zmieniając tylko pokój. (Tym razem dysponowałam takimi cudami, jak szafą po prababci, biblioteczką po mamie wraz z po mamie książkami czy kredensem po kawiarni rodziców.) Jeszcze przez jakiś czas podobnie głupio się buntowałam, ale ze strony babci reakcja była zawsze taka sama: zaufanie i miłość.

To dzięki niej zaczęłam wychodzić na ludzi; nie dlatego, że ktoś mnie opieprzał, tylko dlatego, że za głupie zachowanie zaczęło mi zwyczajnie być wstyd przed samą sobą.

Jedna z moich ulubionych historii związanych z babcią, wydarzyła się, kiedy byłam na drugim roku, wiosną. Przychodziło wtedy do mnie dość często dwóch kumpli, z którymi piliśmy wino i graliśmy w kości, a potem kładliśmy się razem na łóżku i słuchaliśmy muzyki. Nie robiliśmy nic zdrożnego, ale wiem, że moi rodzice nigdy w życiu nie zgodziliby się na takie spotkania (owszem, byłam pełnoletnia, ale miałam za sobą związek ze sporo starszym mężczyzną, który zresztą przez pewien czas nosił habit… co jest jednak historią na zupełnie inną okoliczność). Babcia natomiast nie komentowała tego ani słowem… do czasu.
Koledzy zwykle wymykali się nocą, raz jednak przy tym słuchaniu muzyki zwyczajnie wszyscy zasnęliśmy i uciekli dopiero rano.
Wydawało mi się, że babcia ich wyjścia nie zauważyła, ale kiedy po odprowadzeniu ich do furtki wróciłam do domu, spotkałam ją na schodach.
– I ty ich tak puściłaś bez śniodanio!? – spojrzała na mnie z wyrzutem.

Raz poczułam się przez nią odrzucona.
Pokłóciłam się z mężem, pierwszy raz wtedy krzyczałam. Bezsilna, przerażona, wybiegłam z domu, wsiadłam w samochód. Jedyną osobą, do której wtedy poczułam, że mogę pojechać, która mnie zrozumie – była ona.
Wystraszyła się moim widokiem, posadziła przy kuchennym stole. Wypłakałam jej cały żal, zmęczenie tym wszystkim, co się nie zmieniało od lat, mówiłam, że już nie daję rady.
A ona była wtedy dla mnie zimna i stanowcza, jak nigdy. Powiedziała, że tak to już jest. Że trzeba nieść swój krzyż. Że nie mogę nic z tym zrobić. Że w życiu trzeba cierpieć.

Do domu wracałam jeszcze bardziej obolała, czułam się samotna.

Dziś myślę, że wtedy mogłam przypomnieć jej o jakichś jej samej dawnych emocjach. Że mówiąc do mnie, przekonywała samą siebie do słuszności jakichś dawnych decyzji. I na pewno wielkie znaczenie miała wtedy jej pobożność, związek małżeński jest przecież świętym.

Kiedy niespełna rok później R. się wyprowadził, babcia nie wracała do tamtych słów. Nie kazała mi go błagać o powrót, leżeć krzyżem przed ołtarzem.

Powiedziała: – Wiysz, jo myśla, że do ciebie tak bydzie lepszy. Że ty jeszcze na tym wszystkim dobrze wyńdziesz. Boś je dobro dziołcha i se poradzisz, bydziesz widzieć.

Wiem, że modli się za mnie.