Używacie słowa fajowo? Ja lubię czasem wracać do niezbyt modnych słów.
Czasem nawet powiem: o w mordę jeża.
Ekstra, nie?

Tak, tak, ja wiem. Obiecałam coś napisać i sama chcę, żeby to było o czymś, a chyba nawet chcę, żeby było o mnie.

Zdjęcie, które widnieje przy tym wpisie, zrobiłam w marcu tego roku w Lanckoronie. Wybraliśmy się tam z Prawie Mężem w pewną niedzielę, spontanicznie, decyzję podejmując w sobotnie popołudnie. Rano przywitało nas piękne słońce, pokłóciliśmy się już w autobusie, pomyślałam, że tym razem mam naprawdę dość, że już nie dam rady, że to nie ma sensu, że naprawdę lepiej będzie, jeśli ktoś, kto tak wszystko rozpiernicza, kto tylko krzywdzi innych, kto jest takim cholernym nieudacznikiem, wreszcie stąd odejdzie.

To był miły dzień. Spacerowaliśmy wśród maleńkich domków, poszliśmy do ruin na wzgórzu, zjedliśmy jeszcze gorące bułki i pączki z ciasnej piekarni, wypiliśmy pierwszą w tym roku kawę „na polu”, robiłam zdjęcia. I przez cały ten czas, w głowie układałam list pożegnalny. I zastanawiałam się, jak to zrobię. Czy odważę się powiesić albo podciąć sobie żyły, czy jednak, jak na cieniasa przystało, nałykam się tabletek.

Wymiękłam dopiero, kiedy pomyślałam, że mojej mamie pęknie serce. I że nie zobaczę, jak moja siostrzenica rośnie.

Wtedy zaczęłam płakać.

Płakałam właściwie od dawna, bo chyba od minionej jesieni – niemal bez przerwy. Oboje się do tego powoli przyzwyczajaliśmy, nikt poza nami natomiast nie musiał, bo nikomu innemu nawet nie przyszłoby to do głowy. W pracy przyjmowałam na siebie kolejne obowiązki, wypełniałam wszystkie powierzane mi zadania, cieszyłam się ze zlecenia, które samodzielnie realizowałam w Szwecji.

I co jakiś czas, zastanawiałam się, czy powinnam tu być i za każdym razem byłam pewna, że nie, i za każdym razem coś mnie powstrzymywało.
Na przykład chłód powietrza, kiedy otworzyłam okno. I lęk, że zostanę tylko kaleką.

Historia moich wizyt psychiatrycznych nadaje się na czarną komedię i zawiera coś na kształt ataku padaczkowego mojego psychiatry, kilkukrotne zaginięcia mojej kartoteki, recepty wypisywane na podstawie zdjęć w moim telefonie… Nie przerwałam tego leczenia chyba głównie dzięki temu, że choć w pierwszej godzinie czekania w kolejce zawsze pytałam siebie, co ja tam robię, zdrowa między psychicznymi, to już w kolejnych godzinach (naprawdę, to trwa zawsze wieki) czułam, że jednak też mi odwala. Może z racji towarzystwa, a może jednak ze mną coś też jest nie teges..? Zostawałam, wymieniałam jakieś bezsensowne uwagi o czymś głupim z tym lekarzem, który akurat miał czas mnie przyjąć i wychodziłam z receptą, a to było najważniejsze.
Wytrzymałam też to wszystko pewnie dlatego, że Prawie Mąż ciągle powtarza, jak duża jest różnica. Jak bardzo widoczne są efekty.

Uściślijmy: dotyczą one głównie myśli samobójczych. Nie miewam ich. Nie umiem już aż tak źle o sobie myśleć i rzadziej pluję żółcią na tę akurat osobę, która naprawdę na to nie zasługuje, a która od tej żółci powinna już dawno się zmienić w kupkę kości.

Nadal jednak nie wiem… no, powinnam chyba napisać, jeśli mam być uczciwa, że nadal nic nie wiem. Bo czasem wygląda to aż tak skrajnie, a w praktyce dotyczy podejmowania decyzji. Na szczęście, nie tych najprostszych; bez zastanowienia wstaję z łóżka, wiem, z czym sobie zrobić kanapkę i raczej szybko postanawiam, czy już teraz piję kawę. Z ubieraniem bywa gorzej, ale wierzę, że to bardziej jest związane z moją płcią, niż chorą psychiką, za to przejdźmy do decyzji o tym, co ja mam ze swoim życiem zrobić… hm, no cóż, a więc nie wiem, zatem tak jakby – nie robię nic.
Miewam dziwaczne zrywy, znajdujemy przy śmietniku zupełnie niezniszczonych sześć krzeseł, taszczymy je do piwnicy, oglądam filmiki o odnawianiu mebli, kupuję narzędzia, składuję to wszystko w piwnicy i tam zostaje.
Albo zapraszam do nas moją rodzinę i jak porąbana, spędzam w kuchni najpierw cały przeddzień ich wizyty, a potem jeszcze pół tego dnia, kiedy już u nas są.
I tylko, co z tym życiem..?

Jeśli przychodzi wam teraz do głowy poradzić mi, że nie da się wszystkiego zaplanować, że być może trzeba po prostu żyć – wierzcie mi, to nie ten etap.

Uwielbiałam moją pracę, w pewnym momencie jednak poczułam, że to jest uwielbienie palacza dla trzydziestego tego dnia papierosa (nie siląc się na bardziej wysublimowane metafory). Oczywiście, nie zdążyłam się zmienić w pracoholiczkę pokroju mojego szefa, ale męczyło mnie coraz więcej, że tak powiem, okoliczności, na które nie miałam wpływu. Byłam coraz bardziej zmęczona, zmęczona każdym porem ciała i każdą szarą komórką. Nie udawało mi się poczuć dumy z dobrze zrealizowanych projektów.
Trzy razy podchodziłam do zwolnienia się, w końcu to zrobiłam, przez cały czerwiec miałam urlop, od lipca jestem oficjalnie bezrobotna.

Przydałoby się więc jednak trochę wiedzieć, co z tym życiem. Do jakiej chcę iść pracy albo w jakim kierunku się przebranżowić. Jakie skończyć kursy lub może całą szkołę. Co ze związkiem, który nie wiem, czy tylko moje wypaczone spojrzenie ocenia jako nie do końca szczęśliwy – a jeśli to „nie do końca” obejmuje, tak naprawdę, tylko jakieś niewielkie obszary, w dodatku zupełnie naprawialne, to jak je naprawić i przestać krzywdzić tego gościa, który głównie dla mnie kupił to mieszkanie.

Tak, kolejnym ważnym wydarzeniem ostatnich miesięcy była przeprowadzka, którą zakończyliśmy na początku tego lata. Teraz już tylko zwożę co jakiś czas moje drobiazgi z domu rodziców, a ostatnim, najważniejszym drobiazgiem, którego transport wymaga jednak skrupulatniejszych przygotowań, więc nie wiem jeszcze, kiedy nastąpi, będzie fortepian. I to, że wreszcie do jakiegoś mojego domu zamierzam przewieźć mój fortepian, dodaje mi otuchy, bo naprawdę oznacza, że pozwoliłam sobie przywiązać się do tych nowych scenariuszy, i że zdarza mi się traktować je całkiem serio.

I jest, właściwie, jeszcze jakieś osiemset spraw, osób, spotkań, książek, smaków, o których mogłabym dziś napisać. Nie o wszystkim jednak chcę, a na pewno nie chcę nikogo zniechęcić od razu dwunastoksiągiem (ęgiem?).
Poczułam, znowu, że potrzebuję pisać, więc będę, na dziś jednak wystarczy tego chlastania was moimi emocjami po pyskach.

Myślałam, że przeprowadzam się do Krakowa, po znalezieniu fantastycznej pracy, zakochana, i oto będę publicznie informować tutaj o kolejnych etapach drogi do samodoskonalenia, drogi do – nieuniknionego – sukcesu, jakim miało być szczęście wieczne, miłość wieczna, wieczny dostatek i wieczny uśmiech.
Nie sądziłam, że naprawdę aż tyle razy można zaczynać od początku.