Nie mam wielkiego doświadczenia w podróżowaniu.
Właściwie nie mam żadnego… i właśnie dlatego historiami o moich wyjazdach chcę się tu z wami także dzielić.
Dopiero zaczynam samą siebie przekonywać, że do takiego pisania mają prawo nie tylko jacyś mityczni traperzy z prawdziwego zdarzenia, ale także ktoś, kto dopiero się ocknął; zobaczył, że otacza go jakiś świat, i że może warto choć trochę tego świata obejrzeć. Zwłaszcza, kiedy ma się do dyspozycji samochód – no i także po to, żeby odważniej używać języka angielskiego.
A skoro także do tego oglądania przekonuję właśnie samą siebie, czemu by nie spróbować przy okazji przekonać kogoś jeszcze, prawda?

B jak BILET – pojechaliśmy w czwórkę i na potrzeby korzystania z komunikacji miejskiej, kupiliśmy 24-godzinny bilet grupowy. Kosztował mniej, niż pojedyncze bilety i pozwalał na wsiadanie w dowolne tramwaje czy metro. Rozwiązania tego miasta nas zachwyciły; co prawda, rozkładów jazdy nie potrafiliśmy zrozumieć i co jakiś czas mieliśmy wątpliwości, na którym przystanku czy stacji wysiadać, ale ciągle coś jeździło, a przynajmniej takie mieliśmy wrażenie. Niczego nie planowaliśmy, trasę przejazdu wybieraliśmy w znacznym stopniu intuicyjnie – i stale dojeżdżaliśmy tam, gdzie chcieliśmy.

U jak UTCA – po węgiersku „ulica”. Tomek, u którego nocowaliśmy, ma mieszkanie na Ráday utca, a więc w centrum – lub przynajmniej bardzo blisko (przyznam, że trudno mi określić, co jest właściwie centrum Budapesztu). Nie musieliśmy wędrować przez pół miasta, żeby pójść na kawę, a w dodatku w pakiecie dostaliśmy darmowy parking. Szczęściarze!

D jak DESZCZ – który dopadł nas w sobotni wieczór i wcale nie pokrzyżował planów, co najwyżej utrudnił robienie zdjęć. Grzecznie pędziliśmy za Mężczyzną, który opracował plan tej wycieczki. Humorów nie skwasił ani deszcz, ani niedzielny dziki wiatr, ani śnieg, który ograniczał widoczność w drodze powrotnej. Mieliśmy w ciągu tych dwóch dni niezły przegląd pogody, łącznie z błękitnym niebem i oślepiającym słońcem. Wygodne buty, ciepłe ciuchy – aura może nie mieć większego znaczenia, zapewniam.

A jak AMBITNI GOŚCIE – tak nazwał nas Tomek, bo od razu po przyjeździe i wszamaniu langoszy (zakupionych w imponującej Hali Targowej), pognaliśmy do Muzeum Sztuk Pięknych, by podziwiać Rembrandta. Jak się na miejscu okazało, wystawa obejmowała mnóstwo obrazów także innych artystów i po ponad dwóch godzinach wciągania sztuki nosem, byliśmy już nieźle wymęczeni. Choć być może powinnam pisać, że czuliśmy niedosyt… i to też fakt. Czuliśmy absolutny niedosyt kawy i świeżego powietrza. A pisząc  poważnie – z obcowania z prawdziwą sztuką niezmiernie się cieszę;  zwłaszcza, że tu, gdzie obecnie jeszcze mieszkam, nie jest to właściwie możliwe.
Podoba mi się zasada odwiedzania takich miejsc jak muzea czy galerie, przy okazji zwiedzania większych miast.
Informacja dla potencjalnych ciekawskich – bilet wstępu na tę akurat wystawę kosztował 3200 Ft – w przybliżeniu niecałe 44 zł, co wydaje mi się informacją o tyle niepotrzebną, że była to wystawa czasowa, ale wiem, że niektórzy lubią znać ceny takich uciech, więc zdradzam.

P jak PARLAMENT – jednym z obejrzanych przez nas budynków, była siedziba budapeszteńskiego Parlamentu. Oglądaliśmy ją tylko od zewnątrz, jak wszystko właściwie, ale i tak jestem dumna z tego, jak wiele chodziliśmy po mieście.
Byliśmy także pod Operą, Wielką Synagogą, Bazyliką św. Stefana, Pałacem Greshama, na Wzgórzu Zamkowym z pięknym Kościołem Macieja. Mężczyzna i ja wdrapaliśmy się też na Górę  Gellerta, wstąpiliśmy do kaplicy w Grocie Ivána.
Mimo, że w sobotę wyruszyliśmy na zwiedzanie dopiero wieczorem, a w niedzielę wczesnym popołudniem, dotarliśmy wszędzie tam, gdzie planowaliśmy. Jeśli zatem wybieracie się do Budapesztu, spokojnie możecie uwzględnić jeszcze więcej punktów trasy i myślę, że macie spore szanse dotrzeć w każdy z nich.

E jak E-WINIETKA – na Węgrzech korzystanie z płatnych dróg umożliwia wykupienie winiety, co obcokrajowcowi najłatwiej  zrobić za pośrednictwem strony internetowej. Z powodu stale pojawiającego się błędu na stronie (jego wyjaśnienie było napisane już wyłącznie w języku węgierskim), wcale to aż tak łatwym nie było. Transakcję udało mi się sfinalizować dopiero przed północą w przededniu wyjazdu, odradzam jednak ryzykowanie i podróż bez tego dokumentu. My sami doświadczyliśmy kontroli przez policję, a węgierskie mandaty słyną z niebotycznych wysokości.
Dla mnie cała ta podróż była też ważna właśnie z powodu bycia kierowcą, jedynym, w obu kierunkach. Pewnie, że to tylko kilka godzin jazdy, ale po pierwsze, mimo googlowych pięciu godzin, tam jechaliśmy godzin siedem, a z powrotem sześć. Po drugie, do niedawna bałabym się sama pojechać nawet do Krakowa (z Górnego Śląska, przypomnę).
Teraz już wiem, że dam radę i bezczelnie mam w planach kolejne europejskie miasta.
Traktuję to po prostu jak osobisty mały sukces.

S jak SZIMPLA KERT – przed wyjazdem przeczytaliśmy w internecie, że to najbardziej hipsterska knajpa Budapesztu. Mieści się w żydowskiej dzielnicy i nie przypomina krakowskich miejsc, które zwykło się uważać za hipsterskie. Jest bardzo oryginalnie urządzona, ma niezliczoną ilość pomieszczeń, wszędzie jest ciepło (tak, dla mnie w styczniu to ważne), słychać mnóstwo języków (szczerze mówiąc, najrzadziej węgierski), a między stolikami przechadzają się sympatyczne dziewczyny, zachęcające do kupna… marchewki.
Polecam także  gorąco przepiękną restaurację Bookcafé, mieszczącą się przy Andrássy út 39. Na wolny stolik trzeba tam chwilkę poczekać, ale warto – myślę, że moje zdjęcia nie oddają w pełni przepychu tego wnętrza.
Jak mówił nam Tomek, Węgrzy kultywują własny styl urządzania kawiarni czy pubów i faktycznie to zobaczyliśmy, i bardzo mi się podoba niegonienie za aktualnymi trendami. Żeby jednak dodać odrobinę dziegciu, muszę też powiedzieć, że w mieście jest problem z bezmięsnym menu, czego doświadczyliśmy np. przy okazji kolacji w lokalu o nazwie Puder (Ráday utca). Poproszony o same ziemniaki, bez mięsa, kelner ziemniaki podał… nie zająknąwszy się, że jest to właściwie zapiekanka ziemniaczana, z solidnymi kawałkami kiełbasy w środku.

T jak TERMY – nie jestem dobrym pływakiem, na basenie bywam rzadko, ale okazji do wymoczenia tyłka w gorącej wodzie nie potrafiłabym przepuścić. W Budapeszcie łaźni jest sporo, my z Mężczyzną wybraliśmy kompleks Rudas, mający w swojej ofercie nocny bilet wstępu. Nie mam żadnych zdjęć stamtąd, więc musicie polegać na własnej wyobraźni. Dotarliśmy tam w okolicach pierwszej w nocy i zastaliśmy naprawdę mnóstwo ludzi. Łaźnie podzielone są na część odremontowaną, nowoczesną, mnie jednak szczególnie przypadła do gustu ta druga, z okrągłym basenem pod kopułą i kilkoma małymi basenami wokół niego; temperatura wody wynosiła w nich bodajże od 28 do 42 stopni. Do dyspozycji były też sauny. Wszędzie unosiła się para, gości było naprawdę sporo, klimat bardzo senny (niektórzy zresztą przysypiali, siedząc w wodzie), gorąco, przyjemnie, no i spacer o czwartej nad ranem przez  kompletnie bezludne miasto… pięknie. Oczywiście, nie wyspałam się, ale – to było cudowne.

Być może, chcąc podsumować wyjazd, powinnam napisać coś jeszcze o cenach, kosztach pobytu, ale nie zrobię tego. Moim zdaniem, Budapeszt nie jest drogi, ale przecież wszystko zależy od sposobu bycia, również same koszta dojazdu są przecież różne dla różnych samochodów.

Wiem tylko, że nakręciłam się na takie weekendowe wypady, zwłaszcza, rzecz jasna, w dobrym towarzystwie, no i z Mężczyzną w roli przewodnika.

I polecam, ot co.
I fajnie, jeśli przebrnęliście przez cały ten długaśny tekst!