Czy śledzicie mój profil na Instagramie? Mam na myśli profil „oficjalny” – tego bloga. Owszem; mogliście przeoczyć, ale coś takiego istnieje. I do śledzenia mnie tam gorąco zachęcam.

Żyje sobie bowiem tamto konto własnym życiem, sprawia przez większość czasu wrażenie uśpionego w głębokim letargu, a nieoczekiwanie spontanicznie pojawia się zdjęcie albo nawet – uwaga – nagranie. Ja sama nigdy się tego nie spodziewam! O ile w życiu zawodowym uwielbiałam zawsze mieć wszystko dobrze zaplanowane i starałam się, z większymi nawet sukcesami, takich planów dotrzymywać, o tyle w kwestii własnych zainteresowań – wychodzi mi to… w najlepszym wypadku mogę powiedzieć, że różnie. Coraz większą mam świadomość tego, że pielęgnowanie czynności, umiejętności, przedmiotów, których obecność i posiadanie są dla mnie zwyczajnie przyjemnością, jest bardzo ważne, ale nadal się uczę tego, żeby oddawać im – a więc i sobie, swojemu wnętrzu – należyty szacunek.

Jakimś cudem jednak, udało mi się na tym Instagramie niedawno zamieścić sporo relacji, które kreatywnie nazwałam „Cieszynem”, bo z tym miastem są związane. Odwiedziłam Cieszyn przy okazji festiwalu filmowego Kino na Granicy, a jeszcze wcześniej pomyślałam, że po prostu mam ochotę przybliżyć wam to miejsce. Jest piękne, przyjazne i od paru lat widzę, jak gwałtownie się rozwija (w wielu dobrych kierunkach!), więc trochę wam o nim opowiem.

Na początek jednak, będzie raczej opowieść o mnie. Wyjaśniająca, dlaczego to miasto jest dla mnie aż tak ważne.

Pisałam już o tym, że kiedy byłam nastolatką, w wyniku splotu różnych wydarzeń, moje plany na przyszłość zakręciły się wokół własnej osi i wkręciły głęboko w ziemię, na zawsze znikając sprzed moich oczu. Przez wiele lat później nie mogłam się z tym pogodzić i kiedy coś mi się potem sypało, kiedy coś nie wyglądało tak, jak chciałam – obwiniałam o to tamten czas, moich rodziców, nauczycieli. I samą siebie, jakby rzeczywiście piętnastolatka mogła z pełną świadomością powiedzieć: a teraz postanawiam spieprzyć sobie życie.

Niczego sobie nie spieprzyłam i niczego nie spieprzył nikt. Nie wiem nawet dzisiaj, co to właściwie oznacza – „spieprzone życie”. Ja takiego nie mam na pewno i obecnie chętniej skłaniam się ku wdzięczności za to wszystko, co potem miałam, co teraz mam, a o czym przecież naprawdę nie wiadomo, czy mogłoby zaistnieć.

Wiem, że  wiecie, jak to było, ale powtórzę co nieco, bo zarazem nie posądzam was o bycie moimi psychofanami, pamiętającymi tę moją przyszłość doskonale zwłaszcza, że nie mówimy tu o żadnym trzęsieniu ziemi. Ot… zwyczajnie.

Umarł dziadek.

Poszedł do szpitala na prostą dość operację – przepukliny, z którą męczył się od lat, nie skarżąc się jednak, bo taki właśnie był; dobry, pomocny, cichy, cierpliwy, siebie stawiający zawsze dużo dalej, niż na drugim miejscu. Lubiany przez wszystkich, nie widziałam i nie wyobrażam sobie, żeby kiedyś się na kogoś gniewał. Przygarbiony, siwiuteńki, z bólem każdej natury radził sobie, no cóż, jak wielu w tych czasach (jakby dzisiejsze się szczególnie pod tym względem różniły…) – alkoholem. Choć nieraz nie był trzeźwy, nie potrafię o nim jednak powiedzieć, że bywał pijany.
Długo czekali z babcią na przeprowadzkę do nowego domu. Stary, popękany, stał pod samiuteńką hałdą i trzymał się ziemi chyba tylko resztkami sił prababci. Mocno już schorowanej… kiedy odeszła, można było wreszcie przestać się martwić dziurami, przeciągami, babcia z dziadkiem mieli mieć wreszcie ciepło, słonecznie, wygodnie.
A dziadek umarł.

Nie pamiętam rozmowy z rodzicami, w której powiedzieli mi, że zamieszkam z babcią. Nie pamiętam też żadnej szczególnie emocjonalnej reakcji z mojej strony.

Nie pamiętam pierwszej wizyty w Cieszynie – pamiętam fakt, że miała miejsce, kojarzę zdjęcia z niej, ale samego tam pobytu – nie. Oprowadzali nas po niej państwo M., ale jak tam było, nie wiem. Chyba jadłyśmy z moją siostrą lody.

Za to pamiętam, jak tata pokazywał mi Cieszyn, kiedy już wiadomo było, że pójdę tam do liceum. Czy to było przed egzaminami wstępnymi, czy już po nich?.. Nie wiem. Same egzaminy jednak pamiętam także. Poznałam przy nich Iwonę, z którą bardzo się zbliżyłam w drugiej chyba klasie i do matury była najlepiej rozumiejącą mnie osobą pod słońcem.
Skoro wskakiwałam od razu do drugiej klasy średniej szkoły muzycznej natomiast, to co z tamtymi egzaminami? Jak to się stało, że nie musiałam nadrabiać zaległości z przedmiotami, na które nie mogłam chodzić w szkole muzycznej w Jastrzębiu? Drugi stopień zaczynałam, kiedy została mi jeszcze ósma klasa szkoły podstawowej, więc na część przedmiotów chodziłam po prostu jeszcze w Jastrzębiu, ale co z rytmiką, której tam nie ma? Czy przypadkiem w Cieszynie nie chodziłam przez jakiś czas na lekcje także z pierwszą klasą? Tak mi się wydaje, ale…

Przez zostawianie tu tych wszystkich pytań próbuję wam pokazać, że bardzo wielu wydarzeń z tamtego czasu nie pamiętam. Dziś już wiem, że tak jest, kiedy zamiast po prostu być, żyć, czuć – chowa się w swojej głowie. Uchodząc za zawsze skupioną, rozsądną, dużo i och, jakże mądrze, myślącą – byłam w rzeczywistości po prostu trochę samotna, trochę zagubiona i trochę przed życiem uciekająca. Dziś to wiem, bo dziś wreszcie się w nim zanurzyłam. Wtedy – nie za bardzo żyłam, za to nieustannie o czymś myślałam. Wymyślałam. Wyobrażałam sobie. Co wieczór, co rano, przy każdym posiłku, każdej podróży pociągiem. Pisałam pamiętnik i snułam nieprawdopodobne scenariusze mojej dalszej przyszłości albo jak najbardziej prawdopodobne – tej bliższej. Nienawidziłam być zaskakiwaną, bałam się wyzwisk, które pamiętałam z podstawówki (nie byłam jakoś szczególnie prześladowana, ale nauczyłam się odpyskowywać), chciałam udźwignąć konieczność opieki nad babcią, wyróżniania się na tle całej klasy, a najlepiej szkoły (a jeszcze lepiej – całego świata), wcale nie wywołaną przekonaniem o posiadaniu jakichś szczególnych do tego wyróżniania się podstaw… Byłam w swojej głowie. Niewiele pamiętam.

Pamiętam, jak schodziliśmy z moim tatą ze Wzgórza Zamkowego. Jak zapytał: Czy ty potrafisz się uczyć? Umiesz wkuwać? Ja miałem z tym problem. W podstawówce właściwie nie musiałem, wszystko zapamiętywałem z lekcji i nikt nas z niczego nie odpytywał. A potem poszedłem do szkoły średniej i zaczęły się problemy. Nie umiałem się uczyć. Czy ty umiesz?

Pamiętam to, bo go wtedy pierwszy raz okłamałam. Widziałam jego troskę, jego strach i nie rozumiem, dlaczego czymś absolutnie najgorszym na świecie było w tym momencie pokazać mu, że strach o mnie i troska są dobrymi i właściwymi uczuciami, że właśnie ich potrzebuję. Nie chciałam pokazywać mu, że on mi nie jest potrzebny! Ale… bałam się do tego przyznać. Bałam się chyba…

… te wielokropki są konieczne. Muszę złapać oddech.

Bałam się, że wtedy się okaże, że on tego mi dawać nie chce. Bo nie na tym opierała się dotychczas nasza relacja. Ja byłam bezproblemowym, niemal nieistniejącym, dzieckiem. Istniały moje doskonałe oceny w obu szkołach, popisy fortepianowe, moje milczenie, kiedy zaszywałam się gdzieś z książkami. Wszystko we mnie było znajome, pewne, byłam źródłem spokoju. Młodsza siostra i brat bywali nieco problematyczni, ja – nie. Ja byłam po prostu grzeczna.

Grzeczna piętnastolatka (co powinno być, mój Boże, oksymoronem!) odpowiedziała więc tacie, który być może pierwszy raz odsłonił się przed nią z troską: Tak, oczywiście. Musiałam się czasem uczyć, wiem, jak to robić, nie bój się.

Sranie w banie.

Cieszyn więc to także porzucenie szkoły muzycznej i powrót do niej na studiach, też zresztą nieudany. To wagary, czasem spędzane w nieistniejącej już „Restauracji Targowa”, która na miano restauracji zasługiwała pierwszym piętrem, ładnym i nudnym, a piwnica miała obrzydliwe łososiowe ściany i podpisy robione dymem zapałek na suficie. Antresolę, lodowate toalety i wszystko to, co po prostu jest klimatem. Większość wagarów była jednak przeczekiwaniem problematycznych lekcji w szatni, w szkole; potrafiłam wstać o czwartej, umyć głowę, pouczyć się, pojechać do szkoły i powiedzieć: nie idę.

Odkrywałam siebie, zaczęłam się zmieniać, ISTNIEĆ, stwarzać problemy. Cieszyn w tych latach był ciągle taki sam, a kiedy przy Rynku pojawił się fastfood, weszłam z układ z obsługą i za pięćdziesiąt groszy dostawałam podgrzaną bułkę do hamburgerów. Kiedyś poszłam na spektakl w reżyserii Bogdana Słupczyńskiego Iwona księżniczka Burgunda i zaskoczył mnie, i zachwycił, teatr w formie tak abstrakcyjnej i niezrozumiałej. Zaangażowałam się w działalność Stowarzyszenia Cieszyńskiej Młodzieży Twórczej, byłam na warsztatach teatralnych, z Festiwalu Teatralnego pisałam recenzje do festiwalowej gazetki. Śpiewałam, tańczyłam i cośtam odgrywałam na corocznych koncertach w najpiękniejszym na świecie Teatrze im. Adama Mickiewicza, organizowanych przez moje liceum i drugie, to konkurencyjne, z drugiej strony drogi. Codziennie na długich przerwach przez pasy szły dwie grupy – jedna do Kopera, druga do Osucha; trudno tak naprawdę ze sobą rywalizować, będąc nastolatkami i spotykając się w Targowej, w Highlander-ze – pubie irlandzkim, w którym siedziało się w beczkach, a piwo przynosili kelnerzy w szkockich kitlach. Iza zakochała się na zabój w jednym z nich, długowłosym, odważyła się zaprosić go na studniówkę, parę lat późniejskoczył z okna. Ja na studniówkę zaprosiłam kumpla, podobał mi się, ale nie czułam mięty, był po prostu zabawny, oryginalny, nazywał siebie Thorgalem, ja wtedy od dawna byłam Louve. Podobno regularnie bywał na studniówkach tylko nie tańczył poloneza, ze mną zatańczył. Miał na nogach glany, zaraz potem ja też moje buty na glany zmieniłam, ochrzanił mnie za to nasz wuefista, a ostatecznie i tak zatańczył ze mną do Jennifer Lopez i był to najfajniejszy taniec w moim życiu.

Krótko przed studniówką zorganizowano dla nas, zaangażowanych w tamte koncerty dwóch liceów, imprezę. Dyskotekę chyba właściwie, ale nie w szkole; normalnie, na mieście. Tam się rozsypałam, wylądowałam na podłodze w toalecie, przyszła do mnie najpiękniejsza i najbardziej ciepła, dobra nauczycielka – oczywiście, od polskiego (niestety tylko z zajęć fakultetowych), uwielbiałam ją i jej ufałam. Wyjechał, zostawił mnie, a ja mu dałam wszystko, rozumie pani, co to znaczy, pani profesor? Wszystko mu dałam, wszystko! Mnie już nic nie zostało, a teraz jego nie ma.

Bo w Cieszynie poznałam Krzyśka, który był jeszcze wtedy bratem i moim najlepszym przyjacielem, dopóki nie powiedział, że mnie kocha i rzuca zakon. Kochał, rzucił, poczekał, aż skończę osiemnaście lat i namówił na seks, a potem się mu przypomniało o kupionym od dawna bilecie do Australii, po paru miesiącach listownie z nim zerwałam. Szły te listy między nami tygodniami, nie miały szans dochodzić aktualne, potwierdziłam przez telefon. Od tej pory zawsze zaczynałam od przyjaźni, nie zakochiwałam się tylko czekałam, aż ktoś się we mnie zakocha.

Na egzaminach wstępnych na studia miałam długą czerwoną sukienkę w drobne kwiatki, przed pierwszymi lekcjami na basenie poznałam Rafała i Marcina, z Marcinem poszliśmy potem na kakao (naprawdę), pamiętał tę sukienkę, nie ma już tamtej knajpy.

Nie planowałam studiów w Cieszynie, bo od śmierci dziadka niczego już nie planowałam. O te studia też miałam do siebie potem pretensje, a przecież były świetnym czasem, twórczym, rozwijającym, w którym na nowo zaczęłam siebie porządkować, poznałam Rafała, który grał u Słupczyńskiego w tamtej Iwonie… Byłam wtedy z kimś, ale kiedy Krzysiek zakochiwał się we mnie, też z kimś byłam, nic nowego. Tym razem chyba właściwie to ja się zakochałam. Bieganie po Cieszynie boso w deszczu, leżenie na chodniku i patrzenie w gwiazdy. Dawid otwierał okno mieszkania na Szersznika, to ta ulica, na której ciągle są kocie łby, i grał na harmonijce, zapalali lampkę z czerwonym abażurem i Rafał skakał po parapecie. Śpiewaliśmy w Targowej piosenki Piwnicy pod Baranami,  zaczęłam się znowu przykładać do nauki, dostałam stypendium.

Potrzeba opowieści jest jedną z najbardziej podstawowych potrzeb człowieka. Pojedynczej jednostki i całych społeczności; dla przekazywania, zaciekawiania, by zostało zapamiętane, opowiadać, by zostało opowiedziane.
Nigdy nie potrafiłam wymyślać nieistniejących postaci, ich osobowości, doświadczeń, świata innego od tego, który wydawało mi się, że znam. Dopiero teraz, od niedawna, wiem, że nie jest niczym złym skupianie się na żywych i mówienie o tym, co widzę, bo już nie łudzę się, że znam, że wiem. Wiem tyle, że moje oczy i głowa są tylko moimi; wyszłam z tej mojej głowy, żeby wreszcie zobaczyć, że różnice są tym, co najcenniejsze i mój punkt widzenia jest cenny właśnie przez bycie moim, przez bycie innym, niż wasz.

Nie planowałam tak chaotycznej historii i wydawało mi się, że będę umiała w ten tekst wprowadzić więcej reguł, że być może powiem wam: w Cieszynie na ulicy Szersznika wynajmował mieszkanie Rafał, którego poznałam zupełnym przypadkiem, a który potem został moim mężem. Potem się rozwiedliśmy i dzięki temu piszę o tym z Nowej Huty, a mój uśmiech, kiedy idę w Cieszynie ulicą Szersznika, jest tylko trochę smutny. Być może wy tego zdążyliście się już domyślić, a jeśli wyobrażacie sobie to inaczej – to jeszcze lepiej.

Wrócę do was jeszcze z cieszynem, z filmami z festiwalu i z ulubionymi budynkami. Może z większym porządkiem, a jeśli nawet nie – zapraszam. Moje miasta i wspomnieni to ja, ale i dla was znajdzie się tam miejsce.