Kiedy zastanawiałam się, z czego może wynikać wyjątkowa atmosfera cieszyńskiego Kina na Granicy, sprawiająca, że tak bardzo zrelaksowani czują się na nim zarówno widzowie, jak i twórcy filmowi, ktoś uświadomił mi rzecz oczywistą: w Cieszynie nie ma konkursu. Festiwal ten jest po prostu przeglądem, możliwością obejrzenia dobrych filmów i porozmawiania o nich; swobodnie i bez towarzyszących rywalizacji napięć. Jeśli jeszcze dodać do tego leżaki na trawnikach, lody w wafelkach, czeskie piwo, smażony ser i piękną pogodę – recepta na idealny wypoczynek gotowa.

Nie brakuje mi tego, że w Cieszynie nie są przyznawane żadne nagrody. Być może rzeczywiście właśnie w znacznym stopniu dzięki temu leniwa i przyjazna atmosfera udziela się tam absolutnie wszystkim. Kiedy jednak zastanawiałam się, w jaki sposób zrecenzować obejrzane przeze mnie filmy, zdecydowałam się właśnie na przyznanie im nagród, a raczej – tytułów, wynikających, oczywiście, wyłącznie z mojej subiektywnej oceny, na które, w tej mojej subiektywnej ocenie, bez żadnych wątpliwości zasługują.

Pomysł na poszczególne kategorie jest wynikiem pewnej rozmowy kuluarowej, w trakcie której okazało się, że, po pierwsze, jest ktoś, kto ogląda filmy podobnie jak ja (a jaki to sposób, zrozumiecie za chwilę), po drugie, jest sporo osób, które oglądają zupełnie inaczej, a po trzecie – i to spostrzeżenie było dla mnie szczególnie istotne – że uwagi, którymi można się dzielić właśnie dzięki mojej „metodzie”, mogą być dla innych całkiem interesujące.

Żeby nie rozwlekać się zanadto, zdradzę od razu: chodzi o rzecz banalną, to jest o oglądanie nie tylko pod kątem fabuły i nie tylko pod kątem kadrów, prowadzenia kamery, montażu. Przyglądam się także scenografii, kostiumom, zastawom stołowym, makijażom, fryzurom, jedzeniu, meblom…
Nic to nadzwyczajnego, a pozwala czasem docenić coś w produkcji, która samą historią, a nawet środkami wyrazu, niekoniecznie wysokie noty mogłaby zdobyć.

Dziś zatem spróbuję wam zaprezentować filmy, które według mnie, zasługują na wyróżnienie z różnych, ale zawsze istotnych (och, bardzo!) powodów.

I może od razu uczciwie doprecyzują, że są to, po prostu, absolutnie wszystkie filmy, które podczas tegorocznego Kina na Granicy obejrzałam… Stąd też tytuł tego wpisu.
Tyle, że postanowiłam nie zamęczać nikogo dwudziestoma recenzjami, bo choć krótkie, zdaję sobie sprawę, że w takiej dawce mogłoby zabić.

A zatem na początek:

XX Kino na Granicy – ZWYCIĘZCY – KATEGORIE SENTYMENTALNE

Za budzenie wspomnień.

Pod jednym dachem | Pelíšky / Jan Hřebejk (& Petr Jarchovský), reż. J. Hřebejk, 1999

Byłam przekonana, że oglądam film powstały w latach 70-tych. Żadnego fałszu! W budynkach, pojazdach, strojach, fryzurach… I choć nie do końca to wszystko stylistycznie pasowało do tego, co sama pamiętam lub znam ze starych zdjęć czy gazet, to jednak oglądając, wielokrotnie uśmiechałam się do swoich wspomnień z dzieciństwa. Tych związanych z relacjami rodzinnymi i sąsiedzkimi – bo jest to, dla mnie, przede wszystkim film o dobrych sąsiadach. Co bynajmniej nie oznacza, że o zgadzających się ze sobą we wszystkim, ale jednak obecnych w naszym życiu. W ogóle o tym, jak ważne jest, żeby ktoś był w naszym życiu obecny.

Dawna sztuka aktorska.

Czarna suknia / Niespokojne kino. 1968, reż. J. Majewski, 1967

Trudno oczekiwać nowoczesnego aktorstwa po filmie sprzed pół wieku, a jednak ta teatralność gestów, doskonale dopracowana intonacja, ważność słowa – zwracają szczególną uwagę.

Być może mnie ta etiuda spodobała się przede wszystkim przez skojarzenia, które zresztą mogą chyba zaskoczyć… Widzicie, kiedy oglądałam ten obrazek (wybaczcie zdrobnienie, jest to zresztą obrazek całkiem patetyczny) przypominały mi się… opowiadania Hłaski. Krótkie formy, w których puenta bywa nawet przewidywalna, ale nie o nią chodzi. O relacje może, o uważność i wrażliwość na drugiego człowieka. Nie wiem! Musicie mi wybaczyć, ale nie wiem. Ten Hłasko jednak przyszedł mi do głowy, a jako, że się w nim kiedyś trochę bujałam, to nie czułam rozczarowania. Choć wiem, że dla wielu film ten mógł być męczący.

Niekoniecznie dla fabuły, ale dla tego aktorstwa, dla powolności – warto.

Film dokumentalny, wciągający od początku do końca.

Młynarski. Piosenka finałowa / Nowe filmy polskie, reż. A. Albrecht, 2017

Nie chodzi o to, że reżyserka zrobiła coś wybitnego z formą, że dostajemy tu coś zaskakującego. O to jednak, że podjęła się trudnego zadania opowiedzenia o legendzie i – udało jej się. Choć nie bała się pokazać także te trudniejsze cechy Młynarskiego, marmur nie skruszał, nie jest tylko już tak lodowaty.

Do tego grono artystów, kadry ze starych filmów, no i muzyka, dużo (ale nie za dużo) muzyki. Ta projekcja sprawiła mi dużą przyjemność.

Film, po którym robi się lepiej.

Boso po ściernisku | Po strništi bos / Nowe filmy czeskie, reż. J. Svěrák, 2017

Właściwie, nawet sama nie do końca wiedziałam, że to tego szukam… ale tak. Dokładnie w te moje potrzeby trafił, te mi wypełnił: wzruszeń, ciepła. Spokoju.

Zaskoczyłam się, widząc przed południem w czeskim kinie niemal pełną widownię. A potem przyłapałam tę widownię na tym, że wszyscy się ciągle śmiejemy – i to z najprostszych żartów. A przecież tacyśmy dorośli, takie gusta mamy wysublimowane, tyleśmy się się już naoglądali… i co? I pstro, bo kiedy ktoś zrobi ładny film o rodzinnej miłości i nie przemilczając toczącej się w oddali wojny, pozwoli jednocześnie pouśmiechać do łobuzów rodem z Bullerbyn, to każdy się pośmieje. Każdy wzruszy.

Ten pan obok mnie, co tuż przed seansem wciągał jakieś podłe chrupki, też chlipał.

Jeśli będziecie mieli okazję, obejrzyjcie. Po to, żeby się ogrzać. Zabierzcie mamę, babcię, bratanka – albo pójdźcie sami. Kiedy wyjdziecie z kina, będzie wam trochę fajniej.