Czasem po prostu potrzebuję coś napisać. I czasem nadal chcę to robić tutaj. A wisiał nade mną ten niezamieszczony post, jak pajęczyna jakaś stara wisiał.

No to postawiłam kubek kawy przy laptopie i postanowiłam: napiszę. Przypomnę sobie jakoś te filmy – i je opiszę.

I znalazłam notatki.
Bo ten post był gotowy. Nie wiem, od jak dawna.

Nie pamiętam.

Tajemnica.

XX Kino na Granicy – ZWYCIĘZCY – KATEGORIE FABULARNE

Bo szokująco wręcz uniwersalny.

Ziemia obiecana / Kino / Teatr, reż. A. Wajda, 1974

Tak, ja wiem; takie nazwiska, taki tytuł, a ja go dopiero w tym roku w Cieszynie oglądam. Cóż. Za to w tym teatrze, który jest tam pokazany!
W bardzo nielicznym gronie, w dzień świąteczny, trzeciego maja. Na początku z obawą, że o ludzie, kto takie długie filmy robi, nie wysiedze, no kurde, nie wysiedze normalnie. A potem, oczywiście, z żalem – że już po.

Bałam się trochę. Nie czytałam nic o nim wcześniej, żeby piedestał nie runął – nie jestem pewna, ale chyba na runięcie nie było jednak szans. Może i prosty w przesłaniu, ale jak pięknie to przesłanie przedstawione. Może i trzy razy ten sam płonący kaskader tak samo wypada z tego samego okna, ale i tak ten pożar wywołuje gęsią skórkę.

Skojarzenia też ją wywołują. Tak… uniwersalność tego filmu… brr.

Odpowiednio słodki.

Plan B / Nowe filmy polskie, reż. K. Dębska, 2018

Jasne, że na granicy sztampy, a czasem nawet nonszalancko tę granicę przekraczający. I absolutnie nic nie szkodzi, bo kiedy się na coś takiego idzie do kina, to się raczej tego spodziewa. I jeśli się wybierzecie, to też się spodziewajcie. Po prostu.

Postaci, mimo wszystko, pozostają do jakiegoś stopnia wiarygodne, a odpowiednio zapętlona i kiepsko, że tak powiem, rozpoczęta (zakończona?) romansowa historia jednak aż tak bardzo wtórną znowu nie jest. Ogląda się więc to całkiem przyjemnie, zwłaszcza, jeśli akurat jakieś smutne nuty w sercu grają.

Nie jestem pewna czy Dębska rzeczywiście, jak twierdziła na spotkaniu, odkryła Zawiałow, ale nie szkodzi, kto z nas sobie nigdy niczego nie przypisał?.. Piosenka finałowa, w każdym razie, bardzo dobrze „gra”, także w tym innym sensie.

Dla szukających pierdolnięcia.

Niewidzialne / Nowe filmy polskie, reż. P. Sala, 2017

Wybaczcie mocne słowo, ale tylko ono tu pasuje, tylko w ten sposób myślę – do teraz – o tym, co zobaczyłam tego dnia.

Nie spodziewałam się absolutnie. Łudziłam… tak, spójrzmy prawdzie w oczy – mimo obejrzenia zwiastuna i przeczytania streszczenia zalążka historii, łudziłam się, że oderwanie od rzeczywistości, abstrakcja, jakieś absolutne odrealnienie i baśniowość zrównoważą kolory, smutek i beznadzieję.

Nie. Nic tam niczego nie równoważy, a poza kilkoma rzeczywiście nie dającymi się zinterpretować w sposób dosłowny elementami, wszystko jest jak najbardziej prosto z życia.

Z życia absolutnie beznadziejnego.

Nie chciałam takich filmów na tym festiwalu, a jednak cieszę się, że go obejrzałam, bo dobrze wiedzieć, że ktoś tak potrafi. Przenieść sztukę (scenariusz był pierwotnie scenariuszem dramatu) na ekran, zachowując teatralność, nie w sensie sztuczności jednak, a raczej właśnie uczestnictwa.

Siedziało to we mnie jeszcze przez długie godziny, siedziałoby tygodniami, gdyby nie błogosławione kolejne projekcje. Co nie znaczy, że zapomniałam.

Z czeskim poczuciem humoru, ale nie banalny.

Václav / Ivan Trojan, reż. J. Vejdělek, 2007

Ivan Trojan stał się dla mnie w pewnym momencie aktorem męczącym. Być może taki los wszystkich charakterystycznych aktorów komediowych, pamiętam, jak bardzo byłam zaskoczona Carreyem w Zakochanym bez pamięci.

Po Václavie jednak żadnych zaskoczeń nie oczekiwałam – a były.

Nieoczekiwanie – dla mnie przynajmniej – nie jest to bowiem obraz klasycznie, po czesku, rozczulająco urokliwy. Chyba są to mało sprawiedliwe określenia… ale takie rzeczywiście skojarzenia budziło we mnie wiele ichniej szych komedii. Choć mam to szczęście pamiętać także stare czeskie produkcje, kosmicznie absurdalne, a i w paru stosunkowo nowych (trudno mi pogodzić się z faktem, że minęło już ponad dziesięć lat, odkąd skończyłam studia) poziom oderwania od rzeczywistości bywał cudownie wysoki.

Tu jednak jest właśnie przyziemnie, na tyle mocno zresztą, że na tę urokliwość nie zostaje zbyt wiele miejsca. Czemu trudno się dziwić, biorąc pod uwagę umiejscowienie akcji filmu; to niewielka miejscowość, a w niej –  niewielka społeczność, z niewielkim marginesem tolerancji dla inności.

Jest w tym obrazie więc niespodziewanie dużo smutku. A jeśli pojawia się nadzieja, to bywa szybko… pękającą. I dość brutalnie, powiedziałabym.

A jednak Czesi potrafią to wszystko podać tak, żeby się człowiek między tymi paroma łzami głośno – i to nie raz – roześmiał. I ten ich charakterystyczny aktor komediowy naprawdę swoją charakterystycznością potrafi złapać za serce.

Doskonale zrealizowany dramat miłosny.

Zorza polarna | Aurora Borealis: Északi fény / Akcent rosyjski | Akcent węgierski, reż. M. Mészáros, 2017

Trudno powiedzieć o nieszczęśliwym zakończeniu, ale nie doświadczy się tu happy-endu. Można za to przejąć się, zaangażować. I ucieszyć, że także takie obrazy nadal powstają; o miłości, o nieszczęściu, o cierpieniu, o wrażliwości. Film jest nowy, a chce się powiedzieć: stare dobre kino.

Czasy po drugiej wojnie, Węgry, Austria. Śmierć, ból, tajemnica. Nie chcę streszczać tak naprawdę niczego z opowiadanej historii, ponieważ jest to jeden z takich utworów, w którym fabuła jest najważniejszą. Co nie oznacza, że można czegokolwiek odmówić scenografii, kostiumom, muzyce czy – czemukolwiek, właściwie. Jest doskonale zrealizowany i choć nie należy do tego rodzaju sztuki filmowej, który zachwyca mnie najbardziej, naprawdę i mnie cieszy, że takie nadal się rodzą.

Cudownie straszna baśń.

Wodnik | Hastrman / Nowe filmy czeskie, reż. O. Havelka, 2018

Choć cieszyłam się na każdy z filmów, które miałam w planach obejrzeć w Cieszynie, ten należał do… no, dobra; po prostu tego nie mogłam się doczekać najbardziej. Po obejrzeniu trailera, który przypomniał mi widziane kiedyś czeskie baśnie, klimatem kojarzył mi się z Arabelą i po prostu ze strachami, umiejętnie budzonymi we mnie oknem telewizora – zbudowałam w sobie taką górę nadziei, tak bardzo nie mogłam się doczekać, że aż bałam się, w końcu, gigantycznego zawodu.

A on nie nastąpił!

Wodnik jest ładny wizualnie (choć wcale nie piękny), ładni są w nim aktorzy (choć wcale nie piękni), historia nie nuży. Ma atmosferę grozy, przeplataną sielankowością, pod którą nieustannie jednak czuć rosnące napięcie. Trudno o jednoznaczną ocenę postaci, co jest super, trudno nie doszukiwać się głębszych przesłań. Jeśli baśń miałaby się kończyć „żyli długo i szczęśliwie”… cóż – tutaj raczej możecie się spodziewać atmosfery z braci Grimm.

I jest coś jeszcze, za co ten film polecam także tym moim znajomym, którzy śpiewają, którzy interesują się tradycjami ludowymi, etnologom itp. – muzyka. Voda uplyneláska pomine…

Dla szukających (innych) siebie.

Freiheit / Nowe filmy słowackie, reż. J. Speckenbach, 2017

To jakby obejrzeć na ekranie kina prawdopodobny scenariusz swojego życia.

Robicie to sobie czasem? Mam na myśli – czy czasem próbujecie sobie wyobrażać inne wersje siebie, ludzi wokół, przestrzeni, słuchanej muzyki, czytanych książek..? Te wszystkie „gdyby”, zależne od każdej jednej decyzji.

Mnie to męczyło, staram się już do tego nie wracać, ale zdarza mi się przyłapywać siebie na, choć głęboko skrytej, to absolutnie niezmąconej pewności, że gdzieś się toczy mój alternatywny los. I chciałabym móc go podejrzeć.

I tym był dla mnie ten film. Poniekąd.

O odnajdywaniu siebie (w raczej niesprzyjających okolicznościach).

Dzikie róże / Nowe filmy polskie, reż. A. Jadowska, 2017

Mam problem z opowiedzeniem tego filmu. Oczywiście, problem ten w znacznym stopniu spowodowany jest okolicznością podjęcia próby tegoż opowiedzenia po kilku miesiącach od obejrzenia go… ale nie tylko o to chodzi. Ponieważ jest to, hm, tak, odważę się użyć tego słowa: jest to dzieło, które doskonale zostaje w pamięci. Bardzo łatwo wracają we mnie uczucia przez nie wywołane. Nie chciałabym jednak podawaniem ich wprost, strywializować jego przesłanie, które, jak sądzę, mieści się w moim tytule jemu przyznanym.

Jest pewna sprawa, bardzo osobista, z powodu której film ten i jego ścisły finał mają dla mnie znaczenie szczególne. Myślę jednak, że może on być ważny także po prostu dla kobiet, które nie są pewne swojej siły. Albo się jej boją. Albo dopiero jej szukają. Albo dla mężczyzn. Jest to po prostu historia dla wrażliwych empatycznych ludzi, świetnie zagrana, z dobrą ilością milczenia (nie, nie wiem, czy tak się mówi, nie wiem, czy się ilościuje milczenie).
Zostająca w głowie.