Patrzyłam na stojącą przede mną kobietę, myśląc: Skubana, ma coś w sobie. Może nie żadna klasyczna uroda, włosy to wyraźnie co najwyżej próbowała ułożyć i jej się nie udało, ale nawet te sterczące na wszystkie strony kosmyki dodają jej uroku. Ubrana cokolwiek dziwnie, oczy pomalowane nie za mało, nie za mocno. Duże, ładne! I ma miły uśmiech.

Nie wiem, czy to dlatego, że był wczesny poranek, a ja już doglądałam moich montujących scenę chłopaków. czy z powodu oszołomienia sytuacją, zamyślenia, tęsknoty – dość, że mam trochę więcej, niż 30 lat i pierwszy raz, przysięgam, że po raz pierwszy, zobaczyłam siebie trochę chyba cudzymi oczami. I zaskoczyło mnie, że mogę pomyśleć: Skubana, ma coś w sobie.

Zastanawiam się czasem – i jeszcze nie wiem – kiedy to się zaczęło.

Która sytuacja, jakie słowa lub może nawet tylko spojrzenia były zaczynem dla późniejszego – aktualnego – stanu rzeczy. Co potem, po kolei, ów stan ugruntowywało. Uzasadniło moje przekonania. Pozbawiło mnie wątpliwości, nazywając je złudzeniami.

Zastanawiam się, jak to się mogło stać i sama jeszcze nie wiem.

Może to przez K. Przez 11 lat starszego mężczyznę, którego traktowałam jak przyjaciela, a który nagle wyznał mi miłość. Nastolatce w glanach i wojskowym plecaku. Przystojniak na miarę Pawła Deląga. Powiedział jej, że kocha, uwiódł (eufemizmy zawsze spoko), potem przypomniał sobie o bilecie do Australii, zapewnił, że żałuje, nie mogąc widzieć, jak ona rozkwita, i poleciał.

I przez późniejszą studniówkę. Przez ubranie pierwszy raz w życiu balowej sukni, no, może nie do końca balowej, ale takiej… syreniej – długiej, koronkowej, obcisłej. Podkreślającej, opinającej. Może przez pokazanie się w niej ojcu i usłyszenie tego, co zawsze: Wyglądasz korzystnie.

Nic więcej.

Może to przez polonistkę, która kiedy stanęłam przed klasą, wygłosiłam, co mi kazał wygłosić bodaj wicedyrektor, skwitowała to słowami: Agnieszko, czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, że masz bardzo silny górnośląski akcent?

Lub przez rozmowę z mamą, która choć będąc pełną kompleksów, przyznawała zawsze, że ma ładne nogi, a w tej rozmowie powiedziała Jesteś do mnie bardzo podobna, ale nogi masz nie po mnie.

Lub przez spacer po Krefeldzie, byłam pierwszy raz w Niemczech i – oczywiście – zachwycona Zachodem, tymi roześmianymi, wyluzowanymi dziewczynami, a mama (znowu ta mama) powiedziała podczas tego spaceru Widziałaś? Śmiały się z ciebie, głupie.

Co było początkiem?

Nie myślcie, że rozpatruję rzecz w kategoriach „winy”. Mam cudownych rodziców, którzy wychowywali mnie tak, jak umieli, dając  mi całą górę miłości. Ciężkie czasy, ich własne z samymi sobą problemy… bo przecież wiadomo, że nie próbowali zrobić ze mnie nielota. Owszem, skrzydeł, to za bardzo też mi dodać nie umieli, ale nie piłowali zawzięcie ich ewentualnych zalążków. Naprawdę: nie.

Wydarzyło się po prostu trochę… rzeczy. Nie wiem, która była pierwszą, która najważniejszą.
Nie wiem, przez co najbardziej jest – jak jest. Skąd to w siebie powątpiewanie. Może nie zawsze, ale szkoda, że w ogóle (i po co?).
Ta przeogromna wdzięczność, kiedy ktoś poświęca mi uwagę, czas, jest miły.
Niepewność, kiedy okazuje uczucie. Naprawdę? Na pewno? Nie zwariowałeś ty aby?..

Nie mówię o jakimś permanentnym stanie. To się tylko zdarza i zapewniam was: ze wszystkich sił z tym walczę. Zaciskam zęby i każę sobie w siebie wierzyć.
Udaje mi się zobaczyć się w lustrze i w myślach sobie za sobą zagwizdać.
Kupiłam sobie niedawno komplet takiej bielizny, jaką chyba zawsze chciałam mieć.

Wkurza mnie jednak, że to się w ogóle pojawia.

Wiecie, że ja w tym roku nie odprawiłam urodzin, bo założyłam, że nikt nie będzie chciał przyjechać?
ZAŁOŻYŁAM – czaicie? Nie podpytałam, nie sprawdziłam. Ja po prostu wiedziałam (ot, przykład wiedzy tajemnej), że ludziom aż tak na mnie nie zależy. I jasne, jakiś głos we mnie mówił, że są tacy, co by się zjawili, a tym pozostałym kij w żebra – ale co, jeśli..? No i najważniejsze: co pocznę, przekonując się, że ktoś faktycznie mnie – o mamo – lubi!? Co ja zrobię z taką odpowiedzialnością? I z tym zburzonym przekonaniem, budowanym przez większość życia, że właśnie ja to zbyt fajna nie jestem?

Nie wiem, czemu akurat w Krakowie to się znowu zaczęło mi zdarzać.

Zastanawiam się czasem nad źródłami mojej zaniżonej samooceny, ale myślę też o znajomych, którzy dostawali od rodziców zupełnie inny przekaz. Którym mówiono: poradzisz sobie – i wypychano ich samych przed siebie.
Tak, radzili sobie i radzą nadal.
Mój Boże, jak bardzo wy się musicie bać porażki i ośmieszenia. Wyobrażam sobie, jak wiele was może kosztować pokonywanie tego. Wychodzenie przed szereg z tym ciśnieniem „nie może być żadnych wpadek, żadnych potknięć”.

Zresztą, z tym wychodzeniem przed szereg to i ja od zawsze mam problem, bo wiecznie mi „się to zdarza”.
Umówmy się – my mamy, tak naprawdę, po prostu bardzo wiele ze sobą wspólnego.

Pewnie bardzo wielu z nas zbyt rzadko słyszało – halo, dzieciaku, kompletnie nic nie szkodzi, że od pół godziny wiążesz te buty.

Mam wrażenie, że ten temat pojawia się na moim blogu co chwila, ale piszę o tym znowu, bo czuję i widzę, że wreszcie to się zmienia naprawdę.

Nie chodzi tylko o tamto rozdwojenie jaźni w poznańskiej łazience, które pomogło mi zobaczyć w sobie może niekoniecznie materiał na Super Dupę, ale powiedzmy, że na jakąśtam Dupę już trochę tak. Polubienie swojego wyglądu to akurat naprawdę pikuś.

Widzicie, mnie naprawdę brakowało w tym roku moich urodzin…

Piszę, bo dostrzegam coraz częściej, że można. Że się da. Powiem więcej: ja nawet bezczelnie pozwalam sobie myśleć, że wiara w siebie nie jest niczym złym! Że pokazywanie się ludziom takim, jakim się jest naprawdę – też niczym złym nie jest! (Bo odkąd mieszkam w Krakowie, przez co najmniej osiem godzin dziennie starałam się prawdziwą siebie chować głęboko.  Tak, zwyczajnie; ze strachu przed odrzuceniem… nosz kurde, czy na pewno świat się zawali, jeśli nie wszyscy będą mnie lubili? Stara, co ty – do podstawówki się wróciłaś?)

Dla nikogo z zewnątrz pewnie nie ma fajerwerków, a dla mnie – jest wyraźnie lepiej. Nie wstydzę się, durną wdzięczność zastąpiłam brakiem obaw przed wdzięcznością uzasadnioną, troska mnie nie wkurza, flirt nie oburza.

Prawie nikt mi tu nie komentuje i postanowiłam to pieprzyć – i pisać dalej. Że nie jestem widać mistrzem pióra? A kto mi każe być!? Czy naprawdę tylko sami wybitni prowadzą blogi?
Wracam do rękodzieła i wisi mi, czy w Krakowie ładniejsze kartki robi sześćset osiemdziesiąt osób, czy nikt.

Uświadomiłam sobie, że ja tak naprawdę nigdy sobie nie postanowiłam zacząć w siebie wierzyć. Że ja wielokrotnie postanawiałam robić wszystko, by tak się stało. Nie ustawać w samorozwoju.
Pisałam o tym nawet tutaj, rozmawiałam wielokrotnie z Mężczyzną, przyjaciółką – i czekałam, aż to się zacznie dziać. Bo przecież źle mi z tą niewiarą, bo przecież tak bardzo chcę, żeby się wiara pojawiła.

A ona nic. Jak nie było, tak nie było.
Dlatego po prostu sobie kazałam. Może to też schemat z dzieciństwa, może ja tak działam, że nie prośbą, tylko groźbą… żartuję, nie miejcie wątpliwości.
Nie żartuję jednak, pisząc o tym rozkazie rzuconym samej sobie.
Agni, ot teraz w siebie wierzysz.

I wiecie, co?

Dawny znajomy zadzwonił tylko po to, żeby pochwalić się narodzinami córki (bo ludzie częściej powinni sobie mówić o dobrych rzeczach).
W minioną sobotę, w odpowiedzi na wymyślone przeze mnie wspólne gotowanie, przyjechało do mnie kilka cudownych dziewuch, jedna hen z Warszawy, szłam spać nad ranem.
A koleżanka z pracy powiedziała, że mnie lubi. Ot tak.

Zostałam poproszona o przygotowanie skarbonek dla jednej z ekip Szlachetnej Paczki.
I dostałam zamówienie na pastę ze słonecznika.
I jeszcze coś – ale tak fajnego i gigantycznego dla mnie, że jeszcze przez parę dni poczekam, nim pochwalę się tym tutaj.

 

I to nie są cuda. To ja sobie robię dobrze.