To było chyba tuż przed koncertem Son Luxa.
Lub może na przesłodkiej Soni. Albo na Arto Lindsay & Band.

A nie, to musiało być w sobotę, bo przecież to już tego dnia miałam bolesne odciski od szpanerskich koturnów, które założyłam w piątek. I to właśnie przez te odciski pomyślałam: Przecież największe pułapki zastawiam na siebie ja sama. Sama to sobie robię. Nikt inny, tylko ja.

Oczywiście, nie ma większego znaczenia, jaki to był dzień – ważne, że byłam na OFF Festivalu, że mam kogoś, kto lubi jeździć na takie imprezy i chce na nie jeździć ze mną. A ja myślałam o pracy, o różnicach między mną a Mężczyzną (jakby za mało było podobieństw!), o problemach z samochodem… Myślałam, kłóciłam się, płakałam i robiłam wiele innych rzeczy, które nie pozwalały mi na cieszenie się w pełni z tych chwil razem. Na szczęście, to nie trwało stale – szkoda tylko, że w ogóle się pojawiało.
Czy naprawdę ktoś poza mną samą wymaga ode mnie aż tak wiele? Czy przypadkiem to nie moje przekonanie o byciu niewystarczającą (w szerokim rozumieniu) krzywdzi mnie najbardziej?

To ja powiedziałam sobie, że powinnam wyglądać jak jakaś Super Dupa, w którym to pomyśle zresztą, akurat, uważam, nie ma nic złego… ale to ja powiedziałam sobie, że bycie ową Dupą koniecznie musi się wiązać z noszeniem butów, w których nie chodziłam od paru lat, i w których, tak naprawdę, wcześniej głównie siedziałam. Mogłam wpaść na to, że będą mnie obcierać, prawda? Ale cóż z tego! Trzeba cierpieć! Nic nie może przychodzić lekko! Nie ma, że boli!

No. To bolało.

Na tyle, że zamiast powrotu w formie przyjemnego nocnego spaceru o przewidywanym czasie trwania, olaboga, kwadrans, trzeba było bulić za taksówkę.

Na szczęście, miałam ze sobą płaskie sandałki, które zresztą dość tym festiwalem zmasakrowałam, ale gdzieśtam siedząc na trawie następnego dnia, pomyślałam sobie – po kiego mi to było? Co ja sobie robię?
A jako, że czasu na rozkminę akurat było dość, do tego okoliczności muzyczne (i różne inne, upojnie wpływające na umysł) zagęszczone, to zaczęłam temat badać nieco głębiej.

I wyszło mi, że to ja.

Że choć bardzo chciałabym przyłapać Mężczyznę na stawianiu mi zbyt wygórowanych wymagań i nieakceptowaniu mnie taką, jaka jestem, to – nie. Nie przyłapię. Nie stawia. I akceptuje.
To nie on – to ja. Ja sama strzelam sobie w pysk z plaskacza co rusz.

I tak siedząc na tym koncercie, co nie wiem już, czyim był, zobaczyłam, że właśnie przez coś takiego nie mogę teraz się w pełni cieszyć chwilą. Nie chodzi mi o tamte koturny. O to, że wynajduję z łatwością dowody – niepodważalne – na to, że wcale nie jest aż tak pięknie. Byłoby, naprawdę spokojnie mogłoby być – ale ja to uniemożliwiam. Ciągle coś zawalając, kogoś zawodząc, a dokładniej rzecz biorąc: zakładając, że tak jest. W taki sposób interpretując rzeczywistość, w której się obracam. Relacje, rozmowy, spotkania, doświadczenia. Wyciągając ze wszystkiego prawie zawsze wnioski, które będą przeciwko mnie.

A naprawdę nie mam dowodu na to, że ktoś jeszcze poza mną chce, żeby mi było źle.

Nie wiem więc, czy ostatecznie to był Sun Kil Moon, czy Sun Ra Arkestra (dostrzegam wspólny mianownik), ale ktoś tam na Trzech Stawach może sobie przypisywać udział w Wielkim Postanowieniu, żeby niniejszym dać se siana. Odpuścić. Wybaczyć. Przestać się samej siebie czepiać.

I nie pisałam o tym od razu, bo chciałam najpierw siebie poobserwować, czy ja to w ogóle umiem, czy się da.

Się da.
Choć łatwo nie jest.

Bo to jest we mnie wrośnięte jak jakaś huba i związane z pierdyliardem innych głupich nawyków.
Jeśli to miałabym próbować jakoś dookreślić, to nazwałabym to zawracaniem sobie samej dupy.
Wkręcam sobie na przykład, że jestem kijowym pracownikiem, którego, chlip chlip, nikt już chyba nie potrzebuje, więc ja sobie przycupnę cichutko przy biureczku, będę popłakiwać (serio) i jeśli ktoś litościwie rzuci mi ochłap polecenia służbowego, to pomerdam ogonkiem, a jak nie, to weźcie mnie zwolnijcie, bo dobrze wiem, że chcecie.
No i potem wraca z wyjazdu służbowego mój szef i dostaję opierdziel, że się opierdzielam. I robię wielkie oczy, ale trudno nie przyznać mu racji, że właśnie tak to musiało wyglądać, a przecież nie będę mu tłumaczyć, że ja tu hiperważne problemy hiperegzystencjalne próbowałam właśnie pokonać oraz własne wewnętrzne bariery. A raczej kontemplować, kurde…
Albo właśnie jestem na naprawdę fantastycznym festiwalu i wydaje mi się, że, z całą pewnością, mnie akurat nie jest wolno się na nim dobrze bawić. Bo moje życie to jest porażka, mogę przytoczyć sto czterdzieści pięć argumentów na dowód, więc proszę bardzo, argument sto czterdziesty szósty, jestem na imprezie i jest mi źle.
Tudzież jedziemy sobie z Mężczyzną na zakupy, jest fajne niedzielne popołudnie, właśnie deszcz utopił pół Krakowa, a przynajmniej ludzie mówią, że tramwaje na Mogilskim stoją niemal pod wodą, to znaczy sięga do pierwszego stoopnia, więc jest czym oddychać i można wskoczyć w ukochane kalosze, i jeszcze do tego deszcz sympatycznie ograniczył ludność w galerii – co by nie mówić, wszystko na plus. Łącznie z tym, że się nie kłócimy, co dzieje się w sumie już od paru dni, no proszę. Jest super? Nie, nie jest. Bo och mój Boże, już czwarta, za pięć godzin zamykają, przeleci jak z bicza strzelił, a potem spać i znowu poniedziałek, istny dramat z tymi poniedziałkami, gdybym jeszcze miała normalną pracę, ale przecież nie mam, kiedy ja wreszcie będę mieć w życiu święty spokój, czemu ja nie umiem się wreszcie jakoś zorganizować, jestem tak bardzo do dupy.

Nie wiem, czy to czujecie, ale ja czuję i boli. Jak te pieprzone koturny z tymi pieprzonymi skrzyżowanymi nad kostką paskami.
I postanowiłam przyłapywać siebie na tych durnoizmach, i je stopować, nie pozwalać im się rozwijać.

I w pracy znowu jest normalnie, czyli wszyscy czegoś chcą. A na zakupach powiedziałam sobie przestań chrzanić (cenzura, wiadomo) i było strasznie miło, wcale to nie przeleciało, tylko trwało przyjemnie i mogłam się cieszyć tym wspólnym czasem.
I koncertami od tego sobotniego popołudnia już też się cieszyłam. A kiedy na któryś nie miałam ochoty i nie szłam, to sobie nie robiłam z tego powodu pretensji (yep, tak zryta też bywałam).

Wczoraj uświadomiłam sobie, że został jeszcze miesiąc lata. Rozumiecie? Jeszcze cały miesiąc!
Normalnie, pod koniec sierpnia nakręcam się w kierunku Słodki Jezu, jakżeż to przeleciałoż, znowuż żółte liście pod nogamiż, czas na coroczną dawkę jesiennej depresyjki – a potem, w okolicach listopada, przypominam sobie, że znowu nie ubierałam Ciuchów Na Wczesną Jesień. Że znowu nie zrobiłam żadnych zdjęć. I takie tam. Że mi babie lato przeleciało.

Koniec z tym. Został AŻ miesiąc  lata.

Nie jest fajnie zobaczyć, że kiedy Mężczyzna pytał: Czemu ty ciągle sama sobie tak dowalasz?  – to nie pierniczył ot tak, od rzeczy. Jednak, wiecie, to trochę wstyd. Dwie terapie, rozwód, terapeutyczny blog, kultywowana od dzieciństwa tradycja bacznego obserwowania samej siebie i narzucania sobie rygoru podwyższania samoświadomości – a tu takie coś.
Że ja sama. Sobie.

No i już tak nie chcę.

Nie lubię obwieszczać światu moich postanowień, bo mam jakąś taką wewnętrzną gigantyczną schizę, że ktoś mnie przyłapie na nietrzymaniu się ich.
Skoro jednak jedyną osobą, która mogłaby mi coś takiego wytknąć, jestem ja sama, to – srał to pies, obwieszczam – koniec z dowalaniem sobie.

Szkoda tych wszystkich lat babich. Jeszcze ich niezła kupa przede mną, co nie?