– No, to premia poszła się j*bać – bardziej stwierdził, niż zapytał, mój szef. A ja zacisnęłam zęby, zabroniłam sobie płakać. Na próbę przedstawienia mojego punktu widzenia, podniósł głos. – Nie tłumacz się, bo ja tego bardzo nie lubię! Nie potrafisz się przyznać, że zawaliłaś!

Przestałam się odzywać.

– Ty się na mnie nie obrażaj – polecenie służbowe, które padło kiedy tak naprawdę właśnie znowu powtarzałam sobie, że naprawdę nie mogę płakać… ale w tej chwili przynajmniej mnie rozbawił.

Finał tej historii nastąpił krótko przed moim zeszłorocznym urlopem i daleko mu było do hollywoodzkiego happy-endu. Nie nastąpił jednak żaden dramat, a nawet jakaś tam premia skapnęła; może i w kategorii „zawsze coś”, ale faktycznie – zawsze coś.

I ważne, co z tego wyniosłam, a okazało się, że dość sporo – i zawdzięczam to głównie Mężczyźnie.

Bo widzicie, najpierw wróciło stare i doskonale znane Poczucie Porażki. Że do jasnej ciasnej, ja tak już będę mieć chyba zawsze. Zmieniam swoje życie, zmieniam pracę na, wydawać by się mogło, wymarzoną, znajduję fajne mieszkanie tam, gdzie go szukałam i w pakiecie z tym wszystkim dostaję znowu traktowanie mnie jak głupszą, gorszą, znowu ktoś mnie chce wydymać, znowu mam dostać mniejsze pieniądze, niż się spodziewałam…

… a on spróbował mi pokazać nie to, czego mi brak, tylko co mam. I poczułam się jak jakaś zasmarkana księżniczka.

Mam taki termin – Książęce Problemy – którego lubię używać w różnych okolicznościach. Tym razem musiałam przyznać, że to określenie doskonale pasuje do mojej sytuacji.
Stosowanie tego sformułowania jest moim autorskim programem uczenia się dystansu do tych drobnych uniedogodnień, które czasem mnie spotykają, a którym poświęcam nieraz zbyt wiele uwagi.
I trzeba przyznać, że dystans jest tą umiejętnością, którą jeszcze długo będę zdobywać. Jak napisałam, w pierwszym odruchu widzę szklankę nawet nie do połowy pustą, tylko w ogóle stłuczoną. I choć nie zdarza mi się pomyśleć, że nikt na całym świecie nie ma gorzej ode mnie, to bywam bliska dojściu do wniosku, że gorzej mają tylko te przysłowiowe głodne murzynki. A potem zwykle dochodzę do wniosku, że trochę odwalam wiochę i w sumie, to jednak po pierwsze wstyd, a po drugie niepotrzebna strata energii. Z każdych przeszkód lepiej wyciągnąć jakieś konstruktywne wnioski, biadolenie w tym nie pomoże – no, co bym tu, tym przydługim słowem wstępu, nie pisała, puenta będzie jedna: naprawdę dobrze by było ten słynny Dystans, tę Czomolungmę mojej ścieżki samorozwoju, osiągnąć. A póki tej umiejętności sobie nie przyswoję, będę siebie czasem przyłapywać na iście Książęcych Problemach.

Czym one są?

Książęcym Problemem jest, kiedy narzekasz na to, że automat w krakowskim tramwaju nie działa i musisz kupić u kierowcy bilet za pięć zeta.

Jasne – to wkurza. Zwłaszcza, kiedy miałeś ze sobą tylko drobne, odliczone na ten za dwa osiemdziesiąt. I generalnie nie jest fajnie zapłacić za coś więcej, niż się zakładało, w dodatku nie przez kaprys, rozrzutność, tylko przez jakąś pieprzoną zepsutą maszynę.

Przyjrzyjmy się jednak tej sytuacji… Jedziesz tramwajem. Wiesz, co to znaczy?
Że masz jak się dostać w miejsce, w które się udajesz i nie wiąże się to z koniecznością zabierania swojego samochodu (którego zresztą mógłbyś nie mieć) i płacenia za parking. Że najprawdopodobniej jedziesz tam po prostu na tę godzinę, na którą chcesz jechać. Albo nawet decyzję o wyjeździe podjąłeś spontanicznie, dwa dni przed wyjazdem na wakacje odkrywając, że twoje bikini zostało w domu rodziców i musząc tym samym zapylać po nowe.

Bo zapraszam cię do mojej rodzinnej wioski i do realiów, które, wierz mi, nie tylko w niej panują. Do miejsca, które nie jest wcale jakąś dziurą zapadłą, a w które jednak dojeżdża jeden autobus, w soboty ostatni jedzie w okolicach osiemnastej, w niedzielę pierwszy przed jedenastą.
I nie mówię ci, że masz się jarać sytuacją, która zmusiła cię do jechania na gapę albo słuchania jęków kierowcy, który nie ma jak wydać. Ona nie jest komfortowa i masz prawo do niezadowolenia. Może jednak nie narzekaj non stop na komunikację miejską w Krakowie, daruj sobie czasem utyskiwania na spóźnione tramwaje, kiedy następny masz za kwadrans i weź pod uwagę, że jeśli to ty nie zdążysz na autobus, wkrótce na pewno jakiś pojedzie, a nie zostaniesz w totalnej d***ie z perspektywą dzwonienia po tatę (baby-mode), bo sorry, ale zamówienie taksówki z miejsca, w którym niefrasobliwie postanowiłeś się umówić ze znajomymi, będzie cię kosztować tyle kasiury, że do końca miesiąca żrysz makaron z cebulą.

Po prostu spojrzyj z trochę szerszej perspektywy, dobra?

Książęce Problemy mają dość często panie pracowniczki biurowe, do których ktoś dzwoni za dziesięć piąta. Nie to, żeby one nie były już spakowane i gotowe do wyjścia…
Mają pracę, w której – a właściwie, trzeba by się zatrzymać już na tym.
Mają pracę. To się powinno podkreślić siedemset osiemdziesiąt cztery razy, bo wbrew temu, co słyszę zdecydowanie zbyt często, nie jest prawdą, że ludzie nie chcą pracować – a przynajmniej tej prawdy nie można odnieść do każdego jednego człowieka. Są i tacy, co pracować chcą i długo nie mogą niczego znaleźć. Nie mówię „niczego fajnego” – po prostu niczego. Serio.
Te panie jednak mają pracę i to prawdopodobnie taką, z której mogą codziennie wyjść po równo ośmiu godzinach. I czasem zdarzy się, że ktoś zadzwoni tuż pod koniec dniówki.
No dramat.
Telefon w godzinach pracy, dotyczący spraw zawodowych. Absolutny koniec świata.

I ja naprawdę nie mam na myśli jakiegoś kretyńsko-polyannowego popadania w skrajność typu „topię się, ale przynajmniej sobie popływałam”. Nie jestem psychiczna (powtarzać pięć razy dziennie i popijać wodą), a kiedy coś się nie ułoży tak, jak planowałam, myślę, że mam prawo do podkówki z ust i nawet do pociągnięcia parę razy nosem. Byle jednak nie wspinać się od razu na wyżyny udowadniania sobie, jak bardzo wszystko w swoim życiu spierdzieliłam, bo właśnie szef zakwestionował zasadność wypłacenia mi premii.

To wszystko może brzmieć jak próba pouczania kogoś, ale jest raczej próbą sobie samej wbicia wreszcie czegoś ważnego do głowy.

Dzięki Mężczyźnie i dzięki uświadomieniu sobie, że właśnie zbliżam się do levelu narzekania na ten groszek pod puchowymi pierzynami, przypomniałam sobie, że moje zarobki w poprzedniej pracy stanowiły okolice połowy zarobków aktualnych. A moja premia była prowizją od sprzedaży, żałośnie niski procent, który w połączeniu z polityką „musimy być najtańsi” zwykle dawał coś na kształt jałmużny.

Aktualne wypłaty nie zagwarantują mi może pojechania na długi weekend do Baden-Baden, ale żyję sobie normalnie, spokojnie. I och mój Boże, a więc naprawdę masz do siebie pretensje o to, że być może nie dostaniesz premii? Dodatkowych pieniędzy? Że nie będzie ci JESZCZE fajniej, księżniczko jedna?

Kiedyś niebezpiecznie blisko kategorii Książęcych Problemów znajdowała się znajoma, płacząca po śmierci… królika. Malucha, z którym sobie żyła od ładnych paru lat. Szczerze jej współczułam i szczerze ją pocieszałam, zastanawiając się w pewnym momencie jednak, czy nie przekroczy granicy – ale nie przekroczyła.
A wspominam o tym po to, żeby zapewnić raz jeszcze: smutek jest ok, trochę narzekania też jest ok, macie – mamy – do tego prawo, z dowolnego powodu!, a może to i temu podobne są też wręcz niezbędne do poczucia potrzeby zmiany – ale nie zapominajmy o szerszym kontekście, zwyczajnie n i e  p r z e s a d z a j m y.

A pojęcie Książęcych Problemów jest dość obszerne, muszę wam powiedzieć, i moje ulubione typy dość często znajduję w internecie, np. w grupach na FB „weganie i wegetarianie (tu nazwa miasta)”.  Nie odbierając znaczenia ważkim tematom, które poruszają członkowie, zdarzają się też takie, przy których trudno nie pomyśleć: że, kurde, co!? Jak fajnie musi ci być w życiu, człowieku, skoro rozkminiasz, jak gerezy rude reagują na zwiększone spożycie fitoestrogenów.

Autentyk.

I jeszcze coś ważnego na koniec.

Ten post powstał ponad rok temu. Nie zamieszczałam go, bo wydawał mi się niewystarczająco dobry. Nadal nie jest idealny, ale chyba jednak nie aż tak straszliwie zły, żeby nie zasłużyć na publikację. Dopóki nie nauczę się dystansu do siebie, do tego, co robię, co umiem i czego nie umiem, i nie robię – powiedzmy, że nie będzie mi tak łatwo, jak naprawdę mogłoby być. Tysiąc dwieście wystukanych słów, które przez rok nie mogły się doczekać pokazania światu są tego dość mocnym przykładem.