Nie przywiozłam ze sobą zbyt wielu rzeczy. Obawiałam się, że będę ich potrzebować dużo więcej, zajęły tylne siedzenie samochodu – wydaje mi się, że jest nieźle. Oczywiście, nie jestem z tych, co całe życie mieszczą w jednej walizce, ale też nie powiedziałabym, że dałam się ponieść jakiejś obezwładniającej potrzebie zabrania ze sobą góry dobytku.

Trochę ciuchów, 3 pary butów, trochę jedzenia, kosmetyków.

I tylko te lampki wyłącznie dla kaprysu. Żeby mieć tu trochę bardziej „u siebie”.

Siedzę teraz pod nimi, Mężczyzna pracuje za ścianą, za chwilę pójdę sobie przygotować sałatkę na jutro, do pracy.

Zgodnie z ustaleniami, nie mam jeszcze umowy, ale owszem – zaczynam już myśleć o tym miejscu, jak o mojej nowej pracy.

Zastanawiałam się, co powinnam dziś założyć. Nie wydaje mi się, żeby w takiej firmie miał rację bytu jakiś szczególny dress code, ale wolałabym się nie wyróżnić w żadną stronę. Nie wyglądać paniusiowato ani też – a wydaje mi się, że mam do tego skłonność – nie za bardzo żulersko.

Wzięłam koszulkę „dziadostwo”.
A właściciel firmy miał dziś koszulkę „zimny drań”.

Było mocno chaotycznie, mało konkretnie, nadal nie do końca wiem, na czym będzie polegać moja praca, jara mnie to.

Trochę mnie denerwowały powtarzające się pytania… o to, czy mam jakieś pytania. Cierpliwie odpowiadałam: Jeszcze nie wiem, o co pytać. I mam nadzieję, że wszyscy tam rozumieją, dlaczego; że dadzą mi czas, szansę. Będą pamiętać, że to moje absolutnie pierwsze kroki w tej bajce.

Stresuję się, chodzę trochę spięta, łatwo mnie zdenerwować. Wątpię w swoją atrakcyjność w każdym możliwym sensie. Zarazem jednak, na szczęście, przychodzą te momenty, w których zauważam, gdzie jestem. Uświadamiam sobie zmiany, swój rozwój.

Oczywiście, że jeszcze nic nie wiadomo. Naprawdę nic – lub przynajmniej bardzo niewiele. I ja nie lubię cieszyć się czymś, nim nastąpi. Nie o to chodzi zresztą, że wróżę sobie teraz same sukcesy, i to na każdym polu.
Do niedawna wydawało mi się, że nie powinnam za bardzo ekscytować się tym, czego doświadczam, nie mając gwarancji, jak długo ten stan się utrzyma. Mój wieczny strach przed ośmieszeniem… Być może  nawet sprawiałam wrażenie osoby, która cieszy się życiem i faktycznie czasem się cieszyłam. Zbyt rzadko jednak! Po co sobie tego odmawiać?

Podsumowanie aktualnego stanu rzeczy zrobię 1 lutego – i będę to robić co miesiąc. Dziś chcę tylko powiedzieć, że kiedy rano jadę autobusem, cieszą mnie nazwy mijanych przystanków, to, że już wiem, kiedy wysiąść. Kiedy wracam i ktoś podwozi mnie na tramwaj, cieszy mnie, że wiem, do którego wsiąść.
Drobiazgi, prawda? Wyobraźcie sobie więc, że byłam zablokowana na wiarę w możliwość uczestniczenia w nich.
Jak dobrze, że w końcu jednak zrozumiałam, że to wszystko jest w zasięgu ręki.

Wracam z pracy tramwajem i myślę: wracam z pracy tramwajem. Radocha.