Czwarty raz zaczynam pisać tę notkę.
Nie chciałabym sprawiać wrażenia użalającej się nad sobą, naiwnej, nieznającej realiów.
Chcę tylko przekonać potencjalnych nieprzekonanych, że tak naprawdę, w ostatecznym rozrachunku, nie wolno o sobie zapominać. Że tak naprawdę, ważne jest nie przegapić momentu, w którym uświadamiasz sobie, że sorry stara, bez urazy, ale czasem serio lepiej pozostać bezrobotnym.

Ja w to wierzę.

Jestem dość niecierpliwa i szybko się irytuję brakiem efektów. Nie dotyczy to jednak moich znajomych, bliskich, ale mnie samej; to ja sama sobie zdążyłam wmówić, że  nieznalezienie nowej pracy w przeciągu trzech tygodni jest klapą, porażką, katastrofą, końcem świata, dowodem bycia paprochem. I tak dalej.

Ponadto, odbieram sobie prawo do bycia wybredną. Nauczyłam się już marudzić przy jedzeniu, ale jeśli ktoś mnie zaprasza na rozmowę o pracę, to powinnam przecież co najmniej paść na kolana i po stopach całować.

Szkoda, naprawdę szkoda.

Oczywiście, nie wszystkiego. Cieszę się z odbycia piątkowego spotkania, które było zwyczajnie ciekawym doświadczeniem. Zresztą, jeśli podciągnąć pod zdobywanie doświadczenia także spotkanie dzisiejsze, to i ono mogę sobie wybaczyć… ale nie do końca chcę to robić.
Chcę pamiętać złość na samą siebie, rozgoryczenie, poczucie wstydu. Żeby wytrwać w postanowieniu: ostatni raz szłam na rozmowę o pracę, której nie chcę.

Wyolbrzymianie zasług firmy, uzasadnianie kiepskich zarobków moim brakiem doświadczenia (chwila, ja tu nie przyszłam po liceum, czy na pewno ktokolwiek zerknął w moje CV?), dziwne gierki (umawianie spotkania w bardzo gwarnym miejscu i nieopisywanie, jak mój przyszły rozmówca wygląda; polecenie przeczytania książki, którą mogę spróbować ściągnąć nielegalnie lub kupić za ponad trzy dyszki)… być może to nie stanowiłoby dla mnie aż takiego problemu, gdybym choć przez jedną chwilę, choć raz w życiu, rzeczywiście marzyła o byciu przedstawicielem handlowym.
Ja jednak wiem dobrze, że to nie dla mnie. A jeśli – to za znośną kasę. I proszę mi tu nie próbować ryć mózgu tekstem, że „prowizja to przecież możliwość zdobycia nieskończenie ogromnych pieniędzy”.

Praca, której nie chcę, słabe zarobki… powinno być oczywistym, że nie zabiegam o to dla siebie, prawda?
Zatem naprawdę szkoda, że dopiero po dziesięciu minutach dzisiejszego spotkania spłynęło na mnie to wspomniane: sorry stara, bez urazy, ale czasem serio lepiej pozostać bezrobotnym.

Oczywiście, że przeraża mnie konieczność przeżycia za jałmużnę od UP. Oczywiście, że chcę się po prostu „zahaczyć” w Krakowie. Tylko… bez przesady. Zwyczajnie – bez przesady.

Zresztą.
Jutro kolejna rozmowa.
Tym razem już istnieją argumenty za tym, żeby się o to stanowisko postarać, więc życzcie mi powodzenia.
I obym tym razem nie palnęła: Widzi pani, widocznie tak naprawdę wcale mi aż tak nie zależało.