Och, te durne letnie noce!

Człowiek powinien spać, a potem za dnia stworzyć zupełnie inny wpis. O Izraelu, o tym, co dał nam, naszemu związkowi, co dał mnie, co pokazał, czym wrył się na zawsze pod skórę. Człowiek powinien okrasić taką notatkę zdjęciami, cieszyć się tym, co przeżył, co ma.

A przede wszystkim, teraz spać powinien!

Zamiast tego, człowiek  się poddaje nastrojom. Siedzi i wzdycha.

Bo człowiek ma w niedzielę urodziny i chyba co roku w okolicach tej daty pozwala sobie na oglądanie się za siebie, zerkanie w przeszłość. Na pytania i weryfikowanie.

Mnie jest naprawdę dobrze z tym moim nowym życiem, nie myślcie sobie, że nie. Ja tylko mam problem z wdzięcznością, bo nauczona jestem, że kiedy mi się coś układa, to powinnam komuś dziękować, a teraz jest tak, że przede wszystkim mogę być wdzięczna sama sobie. To jest nowe i tego za bardzo nie umiem.

Umiem natomiast mieć wątpliwości, nie dowierzać, martwić się i obawiać, i mieć do siebie pretensje, i nie jestem pewna, ale bardzo możliwe, że co roku pod koniec lipca takie stany się u mnie nieco aktywizują.

Niestety, pakiet obejmuje także przebrzydłe „w tym wieku, to ja powinnam”.
Choć sama już nie wiem, skąd to biorę.
Jakieś wbite w łeb przeświadczenie, plan, którego realizacji naprawdę nikt ode mnie nie wymaga. Co więcej, sama od siebie tego już nie wymagam przecież. Tego dziecka albo i dwóch, tej stabilizacji (co tak często okazuje się pozorną).

Szkoda by było jednak nie skorzystać z okazji, żeby sobie samej coś zarzucić, prawda?

Przed rokiem urodziny urządziłam w ogrodzie przed domem moich rodziców. Na ziemi porozkładałam stare narzuty i koce, na sznurze na pranie i pergoli przy studni rozwiesiłam lampki. Gości poprosiłam, żeby prezentem była ich obecność oraz zapewnienie sobie samym jadła i napitku. Pożyczyłam od znajomych rzutnik, puszczałam swoją muzykę, tańczyłam, czasem sama, czasem wtulona w Mężczyznę, na ognisku królowały dania bezmięsne, na grillu obok mój uroczy szwagier doglądał udek i karczków.

Piliśmy, śmialiśmy się, gadaliśmy do rana. Czasem ktoś zasypiał, czuliśmy się ze sobą swobodnie, pod koniec zasnęłam i ja, potem przegnana przez Mężczyznę do łóżka, to on ogarnął chaos, wstawaliśmy późno, spacer, lody…

Przyjemny czas. Przecudne wspomnienie. I wiecie, że ja nawet to potrafię przekuć w powód do smutku?

Bo co roku w jakiś sposób, w jakimś gronie, te swoje urodziny świętowałam. A tym razem mi się nie uda. Wiedziałam, że po wyjeździe do Izraela, mimo, że fundowanym w prawie stu procentach przez Mężczyznę, nie będzie mnie stać na najskromniejszy nawet poczęstunek dla potencjalnych gości. A co gorsza, założyłam, że i tak by nikt nie przyjechał. Bo to Kraków, a oni w różnych miejscach wszyscy. Bo to przecież sezon urlopowy. Bo przecież kontakty mi się z nimi porozrzedzały.

No więc teraz jest lipcowa noc, a ja westchnieniami wywołuję przeciągi, zamiast.
Zauważyć.
Że.

Przed rokiem byłam jeszcze przed rozwodem i mieszkałam u rodziców.
Nikt mnie nie zabrał do żadnego Izraela.
Że potem sama się zabrałam do Islandii, a jeszcze później dupę zabrałam z marnej pracy i sobie tę dupę sama na własne życzenie do Krakowa przeniosłam.

Że przed rokiem jeszcze czasem płakałam. A teraz to ryczę głównie ze wzruszenia.

Nie lubię tych błąkających się po głowie resztek dawnej siebie, tej, która tę rzekomą stabilizację chciała tak naprawdę budować na powieszeniu się na kimś.
Tak, tak, Agni, powiedz to sobie otwarcie: miałaś nadzieję, że facet będzie za ciebie robił prawie wszystko. Że ty swoją część załatwisz etatem, czekoladowymi muffinami, prasowaniem, a on będzie planował wakacje, gwarantował fajne weekendy i niekończącym się peanem pochwalnym sprawiał, że poczujesz się piękna i mądra.
Nie potrafiłaś powiedzieć sobie, że:
– nikt poza tobą samą nie każe ci dążyć do perfekcjonizmu
– można być szczęśliwą, mieszkając z rodzicami, nie posiadając dzieci i nie będąc pewną emerytury
– zwyczajnie bardziej zdrowo jest czasem samej podjąć decyzję, gdzie się wychodzi wieczorem, samej nalać wina do kieliszków i samej włączyć film na komputerze
– jesteś piękna i mądra, i nikt ci tego nie musi powtarzać.

Nie myślcie teraz, że byłam totalnie przyklejona do tego mojego BM. Byłam zawsze raczej charakterna i lubiłam podejmować dyskusję na każdy temat. Wiem też jednak, że mocno czerpałam z najczęściej spotykanych przeze mnie wzorców…

… i nie ma co poświęcać więcej miejsca tej kwestii. Ważne, że teraz jest inaczej i ważne, żeby tegoroczne okołourodzinowe smutki nie były znowu tylko „ta piosenka jest taka smutna i przygnębiająca, proszę, puść ją jeszcze raz”.

W żadnej galerii nie zawisną moje zdjęcia, bo nie zadbałam o rozwój tego talentu. Nie zaśpiewam już przed żadną publicznością, bo i w tym kierunku od lat nic nie robię.
I koniec. Naprawdę nie trzeba z tego powodu się zadręczać. I właśnie to sobie utrwalam, ale chcę być tutaj szczera i podzielić się z wami także takimi nastrojami, jakie mnie aktualnie ogarniają.

Mężczyznę mocno pokochałam i jego obecność przy moim boku dzisiaj jest już dla mnie totalnym i wystarczającym uzasadnieniem wszystkiego, co wydarzyło się przedtem. Jeszcze rok temu nie wierzyłam w to wszystko, co osiągnęłam.

Letnie noce miewają jednak to do siebie, że przywołując wspomnienia, każą pytać siebie – zupełnie idiotycznie – co by było, gdyby. I czasem chciałabym móc to gdyby obejrzeć.

Zerknąć na wersję siebie, która jakimś cudem (bo to by naprawdę wymagało cudu) posklejała małżeństwo do kupy, dorobiła się dzieciaka, nadal posiadała kota (ciekawe, czy nagle ta mała czarna sadystka przestałaby mnie gryźć). Popatrzeć i poczuć. Tak do końca nie wiem, po co, może to pragnienie wynika tak naprawdę po prostu z naoglądania się sci-fi, ale – chciałabym. Sprawdzić, jak by wyglądało to, w co naprawdę święcie wierzyłam. Może tylko po to, żeby się przekonać, że to nie było zgodne ze mną, a tylko z oczekiwaniami innych wobec mnie. Bardzo prawdopodobne zresztą, że tylko wyobrażonymi przeze mnie!
Wejść w skórę Agnieszki, która żyje tak bardzo zupełnie inaczej, ale jednak w sposób, który był jakąś kontynuacją wcześniejszych trzydziestu lat.

I móc natychmiast tu wrócić.

Do tego, co nie jest żadną kontynuacją niczego, bo jest zwyczajnie od niedawna prowadzonym życiem po swojemu i dla siebie samej.

Wrócić do wpółleżenia, przy zgaszonym świetle, trochę na podłodze, a trochę na materacu, przy otwartych drzwiach balkonowych. I sprzeczania się przez telefon z Mężczyzną. Do przewrócenia oczami po skończonej rozmowie i włączenia Dark Side of the Moon. Słuchania muzyki i gapienia się w niebo, wrócić do skrzynki z pelargoniami na pierwszym planie. Do wysypanych na spodeczek z napisem enjoy the little things, kupiony po pierwszej randce z Mężczyzną, solonych migdałów – kupionych na jerozolimskim szuku.

To nie jest najprostsza rzecz na świecie: przyznać się przed sobą, że przez długie lata wyobrażałam sobie siebie w tym wieku zupełnie, zupełnie inaczej – a jednak właśnie taka, jaka jestem teraz, czuję się szczęśliwa.
Bo to jest przyznanie się, że się samą siebie oszukiwało, i że w takim razie prawdopodobnie samej jest się winną większości przykrych sytuacji, które mnie spotykały. Nie, nie całkowicie; nie, że tylko ja. Ale: ja również. Nie tylko kto inny.
To jest powiedzenie sobie, że może nawet ówczesne problemy skórne, żołądkowe, kiepskie życie seksualne, że aktualny brak oszczędności, zdjęć w galerii i kariery wokalnej – że to też jest wynik udawania, najbardziej perfidnego, bo przede mną.

Z okazji towarzyszących mi co roku pod koniec lipca zamyśleń i zawahań, chcę powiedzieć sobie otwarcie, że to ja sama siebie przez długi czas robiłam w ch**a. I podziękować sobie, że w końcu jednak robić to przestałam.

Miałam być gdzie indziej – tak bardzo się cieszę, że nie jestem.
Miałam być kimś innym, a zostałam sobą.