Znalezienie czterolistnej koniczynki nie jest dla mnie szczególnym wyczynem. Moi znajomi o tym wiedzą. I jeśli z powodu tego zdjęcia spodziewacie się, że będę teraz naparzać zachwytami nad hiper-szczęśliwym życiem w Krakowie… to przestańcie się spodziewać.

Jestem skonana, sto osiemdziesiąt cztery tysiące razy zastanawiałam się, po kiego grzyba to wszystko robię, zeżarłam kilka tabletek na uspokojenie, kilka razy płakałam, straciłam kilka kilogramów. I nawet nie mam ochoty o wszystkim tu szczegółowo opowiadać.

Jest początek (powiedzmy) kolejnego miesiąca. Pora na podsumowanie.

Mieszkanie: nadal mnie zachwyca, coraz mi w nim lepiej, najbardziej w oswojeniu pomogła impreza ze znajomymi. Zazieleniło się, dzięki otrzymanym kwiatkom doniczkowym, a zmontowany przez przyjaciół regał pomógł wydzielić kąt na, że tak to nazwę, sypialnię. Śpię na materacu z pianki, czego trochę się obawiałam, ale stwierdzam, że to fantastyczny wynalazek; zajmuje mało przestrzeni, twardość jest idealna… mam tylko nadzieję, że w końcu przestaje wydzielać ten piwniczny zapaszek (kupiłam używany).
Jest coraz fajniej. W piekarniku właśnie pieką się buraki, a na kuchennym stole rabarbar czeka na jutrzejsze wmieszanie w crumble.
Nową Hutę nieustannie wielbię, kiedy łysi drą się trochę za głośno, po prostu zamykam okna, a na kontenerze na szkło co jakiś czas ktoś odstawia wymyte słoiczki, z nakrętkami, bez naklejek – czy to nie jest magia? Cztery sobie niedawno zwinęłam, będą w sam raz na pasty.
Tylko lustra nadal nie mam, poza łazienkowym, więc przeglądam się w drzwiach balkonowych i przez to czasem w sklepach jestem nieziemsko zaskoczona widokiem samej siebie.

Praca: to temat na dłuższą opowieść… ale daruję wam szczegóły.
Było ciężko.
Tak ciężko, jak nie pomyślałabym nigdy w życiu, że może być.
Wyobraźcie sobie konieczność zrealizowania projektu z dwoma totalnie niezorganizowanymi kreaturami, które w najlepszym wypadku traktowały mnie jak zło konieczne, współpracą to to można było nazywać tylko w porywach, a w dodatku dla których, w oczach klienta, byłam przełożoną. Czyli odpowiedzialną za ich błędy, tak, tak. Projekt został tak naprawdę położony; może nie skończyło się klapą totalną, ale czy firma cokolwiek zarobi, nikt nie może być pewien; ja mam wrażenie, że zdobyłam sobie wrogów, co straciłam, to wspomniałam już we wstępie i jeśli miałabym się zastanowić nad tym, czy wynikły z tego jakiekolwiek korzyści…
Stwardła mi dupa. Wolałabym nie musieć mieć twardej, ale być może to było po prostu nieuniknione i powiedzmy, że to jeszcze nie beton, ale już też nie wata. Może styropian, o. Ślad zostanie, ale niekoniecznie zaboli.
Spodziewam się też troszkę większej kasy w przyszłości, ale nie uwierzę, póki nie zobaczę.
Przeżyłam, nie zwariowałam, nie zwiałam, nie poddałam się – a prawdopodobnie mogłam (choć trudno mi to sobie w ogóle wyobrazić, ja nie z takich).
Pierwszego maja o szóstej rano zasuwałam na rowerze w jedną stronę, żeby w drugą stronę zasuwać piętnaście godzin później.
A na koniec pieprznęłam pewnymi drzwiami, powiedziałam sobie, że wszystko ma swoje granice i zaczęłam wprowadzać swoje porządki. Nie wiem, czy cokolwiek z nich wyniknie, ale dobrze mi już z samą świadomością, że próbuję coś zmieniać.
No i trochę więcej wiem o tym, co potrafię, na co mnie stać, do czego się nadaję – jak również o tym, do czego się nie nadaję, to wiedza może jeszcze ważniejsza! – co chcę robić i czego nie chcę.
Szkoda tylko, że jak się chudnie, to maleją… no, wiecie. To już chyba nie jest miseczka D, by to szlag.

Jeżdżenie samochodem po Krakowie: życie (czyt.: praca) mnie do tego zmusiło już parę razy. Ile się naklęłam i napociłam, to moje, ile nakręciłam, bo nawigacja prowadziła pod zakaz albo źle zinterpretowałam „za dwieście metrów” – to moje. Nie wiem, czy mogę mówić o sukcesach, chociaż faktem jest, że nikogo nie zabiłam, dojechałam, gdzie chciałam, załatwiłam, co miałam, nie dostałam żadnego mandatu, a dodać należy, że nie siedziałam za kierownicą swojego samochodu. Może to jednak są jakieś osiągnięcia. Może jednak sobie radzę.

No właśnie.
Myślenie, że sobie radzę.
To nadal u mnie leży.
Nie umiem sobie powiedzieć, że jestem wystarczająco dobra, kompletna, że wystarczająco się staram, nie umiem przestać mieć do siebie pretensji o nie bycie ideałem.
Nie umiem sobie zabronić myśleć w kategoriach zasługiwania albo przynajmniej zapamiętać raz na zawsze, że zasługuję, taka, jaką jestem – zasługuję. Na wszystko, czego zapragnę.
I że mam już tak wiele. Że mogę wreszcie przestać się na siebie wkurzać.

No, ale o tym może innym razem. Bo pewnie te buraki trzeba będzie zaraz zeskrobywać.
I bo nie wiem, właściwie, co mogłabym o tym napisać.

Jak się nauczyć bycia z siebie zadowoloną? Ktoś… coś..? Hę?