Kiedy na jednym palniku gotuje się zupa, na drugim soja na pulpety, na trzecim przesmażają do tych pulpetów cebula z pieczarkami, a na czwartym wstawiam jajka na pastę. Kiedy do tego na stojący na stole kuchennym służbowy laptop spływają maile, a ja na nie odpowiadam z rękami czerwonymi od krojonej w międzyczasie botwinki.

Kiedy rano spóźniona wylatując z bloku, mogę pędzić na skróty przez największe kałuże, bo mam na nogach kalosze.

Kiedy nie pada, więc z pracy wracam na rowerze – mijam panią z obwarzankami, mijam stojące w korku samochody, dzwonię moim pięknym dzwonkiem z żabą na przechodniów chodzących po ścieżkach rowerowych (co zresztą jeszcze nigdy nie przyniosło jakiegokolwiek efektu), tyłek mnie boli od podskakiwania przy zjeżdżaniu i wjeżdżaniu z drogi i na drogę, zatrzymuję się spontanicznie przy serwisie rowerowym i miły pan spontanicznie dokręca mi siodełko.

Kiedy Mężczyzna mówi, że były tanie loty, więc kupił nam bilety i ja już wiem, a wam powiem dopiero za jakiś czas, gdzie lecę w lipcu i jest to tak cudowny plan, że się normalnie popłakałam.

Kiedy widzę nowy listek na czubku mojego fikusa.

Kiedy kładąc się spać, słucham stukającego w mój parapet deszczu.

Kiedy przychodzę do pracy czując się trochę samotna, niespecjalnie mądra i rozwijająca się, mam wątpliwości, czy w tych ciuchach powinnam wychodzić z piwnicy i czy przypadkiem nie zmarnowałam życia, a kolega z pracy po patrzeniu na mnie przez dwie sekundy pyta, co się dzieje.

Kiedy mam karnet na festiwal filmowy i z tym karnetem wsiadam sama w niedzielne popołudnie w tramwaj, sama z niego wysiadam, sama idę do kina, siadam, gdzie chcę i oglądam to, co chcę.

Albo kiedy dowiaduję się o garażowej wyprzedaży i tylko mnie ona jara, więc też sama wsiadam, dla odmiany, w autobus, a potem jakoś udaje mi się trafić na miejsce i zdobywam za grosze parę ciuchów z kategorii „zawsze to chciałam mieć”. Kiedy potem zamawiam sobie kawę i ciastko, paprzę sobie tym ciastkiem rajtki, przeglądam gazetę, jestem na świeżym powietrzu, a słońce spala mi kark.

Kiedy na basenie mówię Mężczyźnie, że boję się pływać na plecach, a on mnie na te plecy przewraca, mówi, co mam robić i nagle zauważam, że przepłynęłam już pół długości.

Kiedy muszę w środku tygodnia załatwić coś w rodzinnym mieście i krótko przed wyjazdem zgłaszają się dwaj współpasażerowie, obaj okazują się młodymi chłopakami, otwartymi, fajnymi i, uwaga, religijnymi, więc przez większość drogi do Krakowa rozmawiamy, uwaga, o Bogu, nie wiem, kiedy ostatnio rozmawiałam z kimś o Bogu.

Kiedy dostaję pliki do druku, a przekazując je drukarni używam określenia „folia transferowa” i wiem, co ono oznacza.

Kiedy przed snem czytam ostatnią Tokarczuk.

Kiedy wyskakuję do sklepu, bo nie mam cytryny i za pięć minut już jestem z powrotem.

Kiedy rano spotykam kolejny raz tego samego faceta z tym samym psem.

Kiedy dzielnie nie idę do pracy w czapce, mimo rudych odrostów po ostatniej próbie rozjaśniania.

Kiedy nie mam pomysłu na obiad, więc jadę do Mężczyzny, zjadam górę czegoś pysznego, przyrządzonego przez jego mamę, a on siedzi obok przy stole i nawet, jeśli mam zły dzień i bardziej warczę, niż rozmawiam, czeka, słucha, pyta, potem śmieje się z moich żartów, kiedy wkłada rękę w moje włosy albo głaszcze mnie po policzku, kiedy przyciska mnie nagle do siebie, prawie łamiąc mi nos, a ja zerkam zza jego ramienia, za oknem trawnik, ławki, drzewa, między którymi rozciągnięte jest pranie, myślę, ile już razy na to patrzyłam, myślę, że już tak dobrze to znam, że to już druga wiosna, którą tu oglądam i wiem, że będą kolejne, mam mokre oczy, obejmuję go i czuję, że się uśmiecha i wiem, że to wszystko jest dobre.