Nie jestem najlepsza w tytułach, nigdy nie byłam. W tej chwili jest to tym trudniejsze, że kleją mi się oczy, a myśli uciekają.

Houston, mamy problem! – napisałam przed chwilą do Mężczyzny. Zmieściłam się w małym plecaku. O CZYM ZAPOMNIAŁAM??

Za mniej niż dobę, wysiądę z samolotu na lotnisku w Tel Avivie. Pociąg na dworzec centralny Ha-Hagana kosztuje 16₪…

Zaplanowaliśmy wszystko z Mężczyzną dokładnie; miasta, które odwiedzimy, połączenia autobusowe, mamy zarezerwowane noclegi, nie przewidzieliśmy tylko czasu na kupowanie jedzenia, jedzenie tego jedzenia, na kąpiele w morzu, na niewyspanie i odsypianie… myślę, że w znacznym stopniu ten nasz plan nam się rypnie, ale oboje mamy do tego zdrowy dystans.

Lecę do Izraela.
Czego miałabym się czepiać?..

Nie umiem napisać, jak bardzo się cieszę, może uda mi się to oddać potem zdjęciami.
Dziś krótka notka, podsumowanie z okazji początku lipca (czasie, zwolnij troszkę!).

Po Krakowie jeżdżę już samochodem codziennie, śmigam jak rodowity krakus…

… żartuję.

Nie jeżdżę moją srebrną strzałą zbyt często i nie zależy mi na tym. Ważne, że ona w ogóle jest sprawna, i że zawiozła mnie niedawno do rodziców. A kiedy będę potrzebować, wsiądę do niej i uruchomię nawigację.

Jeżdżę za to codziennie na rowerze i ten fakt mnie samej nie mieści się w głowie. Tak, miałam ten rower już wcześniej, ale nie był zbyt często przeze mnie używany (ani przez nikogo innego). Aktualnie jestem wielbicielką zasuwania na nim do pracy i z powrotem, i wszędzie tam, gdzie się da – a odkrywam, że da się wszędzie.

Czy ma to też jakieś przełożenie na kondycję, okaże się już w czwartek na pustyni…

W pracy kopniak w dupę, który trochę mnie otrzeźwił i sprowokował do pewnych przemyśleń, ale ich ujście dopiero w osobnym poście. Na razie tylko tyle, że – nadal jest mi tam fajnie.

Z pieniędzmi też nie mogę narzekać. Jasne, byłoby idealnie, móc podzielić koszty wyjazdu na pół… ale trzeba mi się cieszyć, że mam wobec kogo czuć wdzięczność za niemal pełne zafundowanie mi takiej podróży.

W mieszkaniu, dzięki moim rodzicom, mam nowe półki. To w kuchni. A w pokoju – dziurę w ścianie, też dzięki rodzicom.

I jeszcze jedna ważna rzecz, związana z mieszkaniem; pomysł, który narodził się spontanicznie i zostanie zrealizowany w bardzo mnie uszczęśliwiającej postaci. Taki… trochę bardziej kontrolowany couchsurfing.

Otóż zaproponowałam na fb, żeby ktoś skorzystał z moich włości pod moją nieobecność. Żeby w zamian za obietnicę podlewania mi kwiatków, nacieszył się drzewami za oknem, słońcem w kuchni, całą Nową Hutą – i to się stanie! Za parę dni wprowadzi się tu na trochę moja znajoma z chłopakiem, a ja na stole zostawiam im list powitalny na jakieś siedem stron. Bo tak mnie to jara.

I cóż jeszcze…

Mężczyzna mnie próbuje uczyć hebrajskiego, z raczej marnym skutkiem, ale umiem już podziękować i… i chyba to wszystko. Mi tam wystarczy.

A jako, że ziewam już tak, że mi łzy po policzkach ciekną – zmykam spać, moi drodzy! Wybaczcie ten brak polotu, chciałam zwyczajnie się pochwalić i pożegnać.

Zresztą, piszę to, a i tak myślami jestem już zupełnie, ale to zupełnie gdzie indziej.