Początek kolejnego miesiąca.
Naprawdę witam wiosnę w Krakowie? Zgodnie z planem?

Naprawdę. I czasem rzeczywiście tak, jak to opisałam w zakładce gdzie – bez wydzierania pazurami, łagodnie.  A czasem jednak widzę, że drapię, muszę drapać. Ziemię, tynk, Mężczyznę, trochę siebie.

„Nie czuję” na razie do końca tego bloga. Od lat blogowałam na blogspocie, no i trochę mi się rypnął pierwotny plan. Miało być przecież wiele tygodni ubiegania się o pracę, miało być oglądanie mnóstwa zapadłych dziur – przed znalezieniem tego idealnego zatrudnienia i tego idealnego mieszkania. To wszystko miało trwać wieki…

… bo takie miało być chyba uzasadnienie mojego wcześniejszego oporu wobec zmian, trudności z podjęciem działania.
Przekonanie, że to wszystko będzie tak straszliwie czasochłonne, energochłonne.

Nie jest.

Nie przestaje boleć, nie przestaje być trudno (lub przestaje tylko na chwilę), ale: to się dzieje, to jest w trakcie.

A ja nie umiem o tym pisać.

Nie chodzi tylko o brak umiejętności chwalenia się. To także problem z pozwalaniem sobie na publiczne narzekanie. Wpadłam może, do jakiegoś stopnia, w pułapkę wizerunku, który sama sobie przecież kreuję.
Nie umiem się przełączyć na dawną bezpośredniość, szczerość, wylewność, na luźne zwyczajne dzielenie się tym, co u mnie.
Nie wiem, dlaczego.
Przecież lubię i chcę pisać.
Boję się chyba.
Nie wiem.

Proszę was o jeszcze o odrobinę cierpliwości. Wiem, że wkrótce trochę bardziej się „wymoszczę” w tym wszystkim i będę mogła robić to, co lubię: opowiadać.

Co by jednak nie mówić – rozpoczęłam kolejny miesiąc tego ważnego roku, tego czasu zmian, czasu przejęcia sterów. I to oznacza konieczność kolejnego podsumowania.

W pracy… z jednej strony, bez zmian, z drugiej – same zmiany.
Większość ekipy nadal jest nieustającym powodem radości i wzruszeń. Wkurzają się tym, co mnie wkurza, uśmiechają, plotkują, narzekają, wspierają. Są po prostu, zdaje się, takimi, jakich potrzebowałam.
Nadal natomiast sytuacja z umową nie pozwala, tak naprawdę, na rozwijanie tego tematu. Choć jest pewien postęp albo na niego szansa; trzymajcie kciuki, a być może będę mogła wreszcie powiedzieć, gdzie pracuję albo chociaż oficjalnie was na to naprowadzić.

Mieszkanie: mam rolety! To zresztą dość ładna historia.
Mężczyzna polecił mi pana, przyjmującego w DH Wanda. Bałam się, że po prawie dziesięciu latach, nikogo takiego tam nie znajdę, ale był, a jakże! Idąc do niego, mija się najpierw stoisko z porcelaną, kapciami, z prawej są sztuczne kwiaty, potem pan z zegarkami, a wreszcie, na końcu – jest. Wśród firan i karniszy. Starszy pan, zwijający papierosy na maszynce i notujący wszystko pięknym charakterem pisma.
Na pomiar okien zjawił się pan jeszcze starszy, a kiedy zaakceptowałam cenę i poszłam wpłacić zaliczkę – pana od rolet nie było. Zostawiłam pieniądze panu od zegarków, on zadzwonił do kolegi i poinstruowany, odnalazł w szufladzie pieczątkę, ręcznie napisał mi potwierdzenie odbioru kasy, podpisał, podbił, oderwał zbędne pół strony (kartka zgięta na pół, jeszcze raz w drugą stronę, dosunięta do brzegu biurka, oderwana szybkim ruchem). Na montażu znowu ten jeszcze starszy, opowiadający o tym, że jest fascynatem opery. Potem pojechałam zapłacić, znowu pana od rolet nie było, tym razem pan od zegarków poinformował mnie, że stoisko obsługuje pani od sztucznych kwiatów i faktycznie, w szufladzie czekał już rachunek dla mnie… mój Boże, cóż się stanie z tym światem, kiedy ci wszyscy ludzie odejdą..?

Mam też w mieszkaniu fikus (fikusa?). Powietrze w Krakowie, wszyscy wiemy, jest zabójcze, więc postanowiłam przynajmniej u siebie mieć czym oddychać. A musicie wiedzieć, że do tej pory potrafiłam zamordować każdą roślinę. Postanowiłam tym razem o nie dbać, fikus to tylko początek!

Nadal wybija bezpieczniki. Wiem już, że to nie lodówka i może to po prostu… bezpiecznik, zobaczymy, jutro właściciel ma wpaść go spróbować wymienić.

Właściciel jest cudny. Zakręcony, chaotyczny, pomocny, otwarty, miły. Polubiłam go!

Nie polubiłam jeszcze tego specyficznego zapachu, którym mnie raczy moja pralka, ale nie przesadzajmy – pralka jest i działa, i to najważniejsze.

Nie mam zbyt wielu mebli i to mi czasem przeszkadza, ale afirmuję sobie zmiany w tym temacie; zmiany, które nie będą mnie kosztować wszystkie pieniądze świata. A skoro afirmuję, to nastąpią.

I mam moje ukochane altusy!
Kultowe głośniki, które były w moim domu od zawsze, które ja przejęłam, które kocham i którymi mam nadzieję na małej imprezce, którą organizuję za tydzień, pokazać wreszcie sąsiadom, z kim mają do czynienia (żartuję, ale to, że mam wreszcie i wieżę, i te kolumny do niej, bardzo, bardzo mnie cieszy).

Kiepsko było u mnie w ostatnim czasie ze zdrowiem. Nie pamiętam, kiedy ostatnio mnie dopadła grypa, a taką temperaturę to miałam chyba tylko w dzieciństwie. Schudłam, jestem blada i słaba, ale przynajmniej nabrałam dystansu do niektórych spraw – o tym jeszcze napiszę innym razem.
A, no i faktycznie dyskietka NFZ jest dobrem raczej zbędnym.

Pieniądze – daję radę. Nie wiem, jakim cudem, przysięgam… ale daję.

Jeżdżenie samochodem po Krakowie… nadal nie ma za bardzo miejsca. Za to bez większego problemu jeżdżę z Krakowa na Górny Śląsk, ogłaszając ten fakt zresztą na blabla i z dziką rozkoszą poznając ludzi, dzięki zabieraniu ich ze sobą. Absolutnie to uwielbiam. Te rozmowy z fantastyczną szczerością i wylewnością, uzasadnionymi przekonaniem o niepowtarzalności tych spotkań. Cudowność.

I tyle na dziś! Znowu wygląda na to, że moje życie to pasmo sukcesów… a niech wygląda. Jeszcze wam tu zacznę opowiadać o porażkach, spokojnie, doczekacie i tego.

Póki co, jest także właśnie tak. Mamy kwiecień! Wiosna, panie sierżancie! Fikus! (A inne kwiaty też chętnie przyjmę, to trochę cynk dla zaproszonych na tę imprezę…)