Końcówka kwietnia i początek maja były dla mnie czasem bardzo intensywnej pracy.

Kiedy wracasz z pracy i słyszysz poranne ptaki, a potem wstajesz do pracy i one nadal śpiewają – nie jest to najlepszy czas na pytanie siebie, czy jest się szczęśliwym.

Mam za sobą przeprowadzkę do Mężczyzny, mnóstwo poważnych kłótni (tu akurat obawiam się, że mam też ich parę jeszcze nadal p r z e d sobą), no i pierwszy faktycznie przeze mnie prowadzony projekt w pracy. Wielokrotnie w tym czasie myślałam o napisaniu czegoś na blogu, ale nie miałam nawet sił na dumę z sukcesów, więc tym bardziej o pisaniu nie mogło być mowy.
I teraz, kiedy w końcu stukam w klawiaturę, myślę, że nie mam nikomu nic mądrego do powiedzenia.

Jestem zmęczona i przyłapałam się na tym, że odpoczynek musi u mnie wynikać z postanowienia. Nie mam naturalnego mechanizmu pozwalania sobie na wolne; odpuszczanie, lenistwo wiąże się u mnie zwykle z wyrzutami sumienia. Nie sądzę, żeby to było dobre i nie mam pojęcia, jakim cudem nie przypłacam tego problemami ze zdrowiem. A raczej wiem, że one mnie już dotykają, tylko związane są raczej ze zdrowiem psychicznym, więc łatwo można je przeoczyć i tylko mój partner wie, jak takie permanentne zmęczenie odbija się na naszej relacji.

Z objawów zewnętrznych ewentualnie można dojrzeć spadek wagi. Wróciłam do gabarytów z bliskich okolic mojego własnego ślubu, z czego, jak to kobieta, trochę się cieszę, ale i trochę smucę. To, że przelatują przeze mnie spodnie, to minus, ale jeszcze poważniejszym są odstające miseczki biustonoszy. Co gorsza, w związku z powyższym, od miesiąca bezczelnie opycham się słodyczami z natężeniem dotychczas u mnie nie występującym. A kiedy w końcu mój metabolizm wróci do równowagi, strach pomyśleć, gdzie te wszystkie trufle michałki marcepan batony lody i drożdżówki zaczną się odkładać.

IMG_9930

Tak. Kiedy codziennie zwyczajnie beczysz ze zmęczenia, naprawdę nie powinnaś siebie pytać, czy tak właśnie chciałaś żyć – ale, oczywiście, właśnie wtedy to robisz. I nadal nie znajdujesz odpowiedzi na to pytanie.

Staram się wreszcie nauczyć, że w życiu po prostu bywa różnie. Wiem, to nie brzmi jak wielka odkrywcza myśl, którą należy czym prędzej podzielić się ze światem – a jednak tę naukę trudno mi przyswoić.
Mam na myśli to, że czasem to, jak żyję, będzie mi odpowiadać, a czasem będzie mnie uwierać. I nie jest to aż tak banalne, nie działa w ten sposób, że w piątkowe wieczory, spędzane w kinie, jest się szczęśliwym, a wstając w poniedziałek rano do pracy – się szlocha. A przynajmniej mnie wystarczy w piątek dowiedzieć się, że znajomi właśnie spotkali się na piwie; mnie znajomych brakuje, ciągle w Krakowie czuję się raczej samotna, więc to kino może w tym zestawieniu mocno stracić na uroku. Z kolei w poniedziałkowy ranek mogę zamienić dwa zdania z babcią obwarzankową i poczuć, że jestem właśnie tam, gdzie chcę być – i perspektywa pięciuset pożarów, które za parę godzin będę musiała niewątpliwie służbowo gasić, będzie zupełnie nieprzerażającą.
Niestety, bardzo często nadal zdarza mi się samej siebie pytać, czy jest tak, jak ja chcę, żeby było. I pewnie nawet byłoby to wskazane, gdyby prowadziło kiedykolwiek do konstruktywnych wniosków, a mam wrażenie, że nie prowadzi.

IMG_9934

Zastanawiam się, ile potrzeba czasu, żeby otaczającą rzeczywistość wreszcie przyswoić i uznać zwyczajnie za aktualnie obowiązującą. Żeby przestać się zadziwiać, bo nie mam na myśli zadziwienia – zachwytu, niedowierzania połączonego ze wzruszeniem. Takie też mi się zdarzają i te momenty lubię, ale dokuczają mi te chwile, których jest zdecydowanie zbyt wiele, a w których dopytuję Bóg-Wie-Kogo, czy na pewno to wszystko, co jest, jest tym, czym być powinno.

Bo jest przecież zupełnie inaczej.

I w zmianach nie ma nic złego, ja o tym doskonale wiem, i nie ma we mnie grama tęsknoty za minionym. Jest tylko ciągła podskórna niepewność, myślę, że ściśle powiązana ze strachem – że to też runie, zniknie. Że lepiej się nie przyzwyczajać.

Myślę, że w pewnym sensie, takie podejście jest słusznym. Niebezpieczne jest tylko, jak zawsze, popadanie w skrajność. Zamiast odświeżającej troski o związek, wywodzącej się ze świadomości tego, jak łatwo każde szczęście może prysnąć, pojawia się zniecierpliwienie, opryskliwość i nerwowość. Jakby ciemniejsza część mojej natury teraz łatwiej dochodziła do głosu, podpowiadając, że staranie się i zwyczajnie uwierzenie w miłość mogło kiedyś przynieść zbyt wiele bólu.

Jeśli to, co dziś piszę, jest zbyt banalne, musicie mi to wybaczyć. Jak pisałam na początku, nie mam na dziś przygotowanego przesłania dla ludzkości, a w to, że miałam w ostatnich tygodniach jakieś odkrywcze spostrzeżenia, pozostaje wam uwierzyć mi na słowo, bo zmęczenie wykasowało je najprawdopodobniej doszczętnie.

Czasem, kiedy mam sama do siebie pretensje o zaniedbanie tej strony, powtarzam sobie, że nie ma czasu na opisywanie życia, kiedy się po prostu żyje. Oczywiście, jest w tym tłumaczeniu pierwiastek usprawiedliwiania zwyczajnego opieprzania się, ale jest to też prawda. Niewiele zmieniająca w temacie moich wątpliwości, czy to życie wygląda tak, jak miało, ale przypominająca mi, że było wokół mnie i ja byłam w czymś zgoła innym, niż jestem obecnie, wykupując ten adres w internecie. Próbuję utrzymać jakąś łączność z wirtualem, robiąc codziennie jedno zdjęcie i co jakiś czas nawet te zdjęcia tutaj publikując, ale powoluteńku uczę się też odnajdywać siebie – i czerpać z tej siebie przyjemność – w takim stylu bycia, który już nie obejmuje wrzucania w sieć zdjęć z facetem, którego nonszalancko pokochałam ani chwalenia się światu na bieżąco z wszystkich przyjemności, które mi ów facet funduje.

IMG_9932

A zdjęcia kwiatków, którymi okrasiłam tę moją wtorkową pisaninę, pochodzą ze spaceru, na który poszliśmy w pewną sobotę maja, w mojej rodzinnej miejscowości. Pojechałam tam z takim właśnie mocno postanowionym planem odpoczynku i uparcie ten plan realizowałam, i udało się. Za dwa dni też gdzieś wyjeżdżamy, być może coś tu o tym opowiem, a może będziemy się z tego cieszyć sami w swoim towarzystwie i w tej fajnej bliskości, jaka między nami zaistniała, i o jakiej być może świat aż tak wiele znowu nie wie, a która naprawdę j e s t i może nawet dobrze, że ciągle nie przestaję się temu dziwić.