Tak, podjęłam dziś próbę zarejestrowania się w Urzędzie Pracy. Jak łatwo się domyślić, zakończoną niepowodzeniem. To znaczy, przynajmniej z moich doświadczeń wynika, że takiego finału łatwo się domyślić – robię to właśnie bodaj trzeci raz w życiu i nie kojarzę, żeby poprzednie próby były udane od razu przy pierwszych podejściach.

Ponieważ jednak piszę wam tu także o moich wydatkach (sama nie wiem, po kiego grzyba), muszę też się pochwalić, że mój stosunkowo niewiele młodszy ode mnie samochód (formalnie zresztą będący własnością BM) przeszedł dziś bezboleśnie przegląd. Jestem uboższa o ponad półtorej stówy, ale bogatsza np. o doświadczenie stresu – czy tym razem lewy kierunkowskaz będzie sprawny? Otóż, był. Miałam nadzieję, że przestanie być, jak tylko wsiądzie do niego mój mechanik, ale uparcie wszystko nadal działało.

Prosto z przeglądu, uzbrojona w świadectwa pracy, dyplom i świadectwo maturalne oraz z papierkiem z UM, dowodzącym czekania na nowy dowód osobisty, pojechałam do PUP.

Papierek okazał się nic tam nie znaczyć. Znaczył, kiedy poszłam wyrabiać nowe prawo jazdy – był wystarczającym dowodem na posiadanie innego już nazwiska. Tym razem – niestety.

– Proszę dostarczyć wyrok sądu.
– Ale ja nie mam wyroku sądu.
– Musiała go pani dostać.
– PRZYSIĘGAM, że nic takiego nie dostałam.

Okazało się także, że brakuje świadectwa pracy z miejsca, w którym pracowałam od 3 stycznia 2011. Miałam dwie umowy w tej samej firmie i posiadane przeze mnie świadectwo obejmuje tylko tę drugą.

Och, no i mój ulubiony wymóg: dostarczenie wszystkich umów o dzieło/zlecenie, zawartych w okresie od wyrejestrowania. Czyli w ciągu ostatnich czterech lat. Umów o dzieło! Formalnie, kompletnie przecież nie mających dla UP znaczenia!
Cztery lata to, w moim przypadku, naprawdę sporo takich umów podpisanych. Teoretycznie, wszystkie powinnam mieć w jednym miejscu. W praktyce, kojarzę np. świetny pomysł „och, pogniótł mi się ten papierek, wyprostuję go w książce i postaram się zapomnieć, w której”.

Zatem – w drogę. Dobrze, że mam samochód. (I że sprawny.)
Najpierw USC, gdzie dostałam odpis skrócony aktu małżeństwa z adnotacją o rozwodzie i o powrocie do nazwiska panieńskiego. Na szczęście, nie płaci się za to (ale za paliwo – owszem).
Potem – do domu i przetrzepywanie segregatora z Ważnymi Dokumentami. Świadectwa pracy od 3 stycznia 2011 brak, znalazłam umowę o pracę z tą datą. Dogrzebałam się też niezłej kupki tych durnych umów o dzieło. No, to jadę z powrotem.

Na powitanie: Ale dziś chyba już i tak nie zdąży się pani zarejestrować.

Jest za kwadrans druga.

– Przecież urząd jest dziś otwarty do wpół do trzeciej.
– Tak, ale jest kolejka.

Bez komentarza. Najsłodszy uśmiech i ignoruję to, co słyszę. Podaję pani dokument z USC.
– Pójdę zapytać, czy to zostanie uwzględnione.
Najsłodszy uśmiech utrzymany, ale cedzę: Proszę pani,  ja nie dostarczę innego dokumentu, więc ten MUSI zostać uwzględniony.

Wraca – wszystko w porządku. Sprawdza świadectwo pracy, nadal nie takie, o jakie mnie poproszono. Podaję jej umowę o pracę, dowodzącą, że faktycznie byłam zatrudniona od tego cholernego 3 stycznia 2011… nic z tego. Musi być świadectwo pracy. Urząd nie przyjmie pani tej umowy i nie zostanie pani zarejestrowana.

Wdech – wydech, w sumie rozumiem i spróbuję się skontaktować z tamtym pracodawcą.

Dziękuję – dziękuję, do widzenia – do widzenia.

Zadzwoniłam do szefa sprzed tych czterech lat, na szczęście kontakt mamy dobry, dał już cynk księgowej. Zadzwoniłam też do kumpeli, od której dwóch umów (o dzieło! o dzieło!) nie mogłam znaleźć, dostanę je raz jeszcze. W poniedziałek powinnam już wszystko mieć.

Urząd – Agni 1:0

Jasne, że nie mam żadnych pretensji do pań urzędniczek, przepisy są przepisami. Tyle, że z początkiem stycznia:
– ubyło mi sporo kasy
– mam inne nazwisko, niż sugerują aktualnie posiadane przeze mnie dokumenty
– nie mam prawa do zasiłku (jestem na garnuszku rodziców! tadaam!)
– nie jestem ubezpieczona… a to już jest średnio śmieszne.

Wpis o niczym, prawda? To jeszcze dodam, że w drodze do domu lewy kierunkowskaz przestał działać.