Jak weszliście w Nowy Rok? Z energią, wiarą w „lepsze jutro”, z szerokim uśmiechem na twarzy? Mówiliście sobie, że to pierwsza z 365 nowych stron? Spotkaliście się z rodziną, tuliliście do ukochanej osoby?

Albo gwałtownie uzupełnialiście płyny w organizmie, wspominając „imprezę życia” z poprzedniego wieczoru? I powtarzając, rzecz jasna, że „nigdy więcej”?

Jakiego mieliście Sylwestra?

Mój był całkiem przyjemny. Dosłownie dwa dni wcześniej trafiłam na ofertę imprezy w saunarium, były jeszcze bilety, więc – poszliśmy. Było gorąco, szampańsko, a zarazem bardzo luźno, zabawnie i wierzcie mi – absolutnie przyzwoicie. Mimo (lub właśnie dzięki temu), że sztuczne ognie nad Wawelem oglądaliśmy na golasa, wśród sporej grupy innych golasów… no dobra, większość miała szlafroki – ja też, bo chwilę wcześniej wyszłam z basenu. Tak, zewnętrznego!
Było świetnie. Wracaliśmy do domu nad ranem, dziękując sobie wzajemnie wielokrotnie i przysypiając w tramwaju.

A następnego dnia obudziłam się z gigantycznym… nie, nie kacem – niestety.
Weszłam w Nowy Rok z wielkim dołem.

Być może istnieją jakieś szkoły „reagowania na doła” – ja do takich nie chodziłam, nikt mnie nie uczył, o niczym takim nie czytałam. Prawdopodobnie po prostu dlatego, że się tym nigdy nie interesowałam; w gruncie rzeczy lubiłam tę swoją melancholijność. Łatwość wpadania w nastrój smutku. To, że wtedy ogląda się rzeczywistość zupełnie innymi oczami. I ma się wrażenie, że widzi się ją wreszcie prawdziwą, że tak, świat jest właśnie taki; szary, okrutny, beznadziejny… a wy, pozostali śmiertelnicy, jesteście w błędzie, kiedy nie chcecie tego dostrzec!

Było to prawdopodobnie tym łatwiejsze do zniesienia dla mnie, ta odrobinę masochistyczna przyjemność tym większa – że byłam pewna jej krótkiego czasu trwania, jej przemijalności. Owszem, świat jest zły, ludzie są źli, ja jestem nieszczęśliwa i nic dobrego mnie już w życiu nie spotka… ale najdalej jutro to wszystko nie będzie się liczyć. Może tylko dlatego, że zacznę sama siebie oszukiwać – nic nie szkodzi!
Jesień oznaczała dla mnie permanentny smutek, ale też wiedziałam, że co to w sumie za permanentność; spadnie śnieg, pojadę na narty, znowu będzie fajowo. Uwielbiałam jesień.

Potem się okazało, że doły bywają nieco głębsze i coraz rzadziej są chciane, jeszcze później – diagnoza, tabsy, resztę znacie.

Przychodzą mi te gigantyczne smutki nadal, przyczepiło się to cholerstwo i pierwszego stycznia.

Chciało mi się płakać, nie chciało mi się wstać, chodzić, patrzeć, mówić; chyba najbardziej wtedy nie chce mi się patrzeć i mówić. Widzieć to całe moje życie. I przez słowa, przez brzmienie własnego głosu, w tym życiu uczestniczyć.

Chciał natomiast tego mojego uczestniczenia Prawiemąż. Który przecież ma uczucia i widząc moje cierpienie – cierpiał także. I próbował mnie z tego wyciągnąć; zagadywał, uśmiechał się, a kiedy powiedziałam mu, że przecież mnie jest po prostu tak strasznie smutno i tak strasznie ciężko, i czy on tego nie rozumie – Rozumiem – odrzekł mój kochany Prawiemąż – rozumiem, tylko nie mogę się zgodzić na to, żeby tobie było tak strasznie smutno.

– A dlaczego ty nie możesz mi pozwolić na ten smutek? Od tego się nie umiera, to jest takie samo uczucie, jak każde inne i ja mam do niego prawo, nie zrobię tym nikomu krzywdy – czy jakoś tak powiedziałam, a nawet jeśli trochę inaczej, to taki to właśnie miało sens. I to mi otworzyło coś w głowie.

Bo powiedziałam to niby do Prawiemęża, a tak naprawdę, ja do samej siebie to wreszcie powiedziałam.

Nie napawać się tym, że czuję się dziś gorzej, nie budować sobie na tym fundamencie pałacu cierpienia – ale też nie walczyć z tym. Nie da się zresztą przecież walczyć z samym sobą i z tym, co płynie z mojego środka. Nawet, jeśli nie znam (albo wydaje mi się, że nie znam) źródeł tego uczucia, jest ono MOJE. Tak samo, jak przyjemność, błogość, wdzięczność, zadowolenie. Moimi są też przykrość, rozżalenie, niechęć. I ten wielki dół, w którym ja z moimi gabarytami mogłabym się schować trzy razy – on też jest mój.

To co z nim zrobić?

Ja wam tego nie powiem, bo myślę, że każdy ze swoją rozpaczą powinien sobie robić to, co dla niego jest najlepsze. Ja mogę powiedzieć, co zrobiłam ja.

A ja sobie najpierw na to pozwoliłam. Prosząc o to pozwolenie Prawiemęża – poprosiłam też siebie.
Potem zaczęłam rozrysowywać w terminarzu (od listopada stosuję bullet journal) najbliższe dni. Wpisywać w nie rzeczy do zrobienia.
Potem mój partner sprawił mi czymś przykrość i postanowiłam też wokół tej przykrości nie tworzyć zbyt potężnych konstrukcji, a zamiast tego odgrzebałam z szafki zakurzony pamiętnik (w którym ostatni raz zanotowałam coś rok temu, jak się okazało) i opisałam w nim to, co czuję. To znaczy to, że mi przykro, że smutno, że źle. Zeszyt zamknęłam – i to wszystko zostało w tym zeszycie zamknięte także.
Poszłam do kościoła, choć bardziej właściwe będzie powiedzieć – powlokłam się. I było mi tam raczej nudno, raczej średnio, nie doznałam oświecenia ani pociechy, z powrotem nie wlokłam się już tylko dlatego, że chciałam uciec przed straszliwie kaszlącym facetem, który szedł tuż za mną. A jednak, no, wiecie – wyszłam z domu. Ubrana i umalowana. I choć powietrze w Krakowie to mamy już wręcz przysłowiowe, to jednak poza domem zawsze jest go trochę więcej, niż w domu, więc można głębiej odetchnąć. A to też pomaga.
Wróciłam i Prawiemąż mnie za wyrządzoną mi przykrość przeprosił, a ja się do niego wtedy uśmiechnęłam i wtedy okazało się, że już się umiem uśmiechać.

Nie było mi jeszcze wtedy dobrze; kiedy szłam spać, nadal czułam się niezbyt szczęśliwa. Różnica tym razem polegała na tym, że nie miałam do siebie o to pretensji. I choć trwałam w tym smutku, jednocześnie ani się tym uczuciem nie rozkoszowałam; byłam w nim zanurzona, ale nie tonęłam. Ono było moje, więc to ja miałam nad nim władzę.

A we wtorek obudziłam się już w zupełnie innym nastroju i jeszcze nim wyszłam z łóżka, zrozumiałam, co ten mój poniedziałkowy stan wywołało – ale o tym następnym razem.

________

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawicie pod tym wpisem jakiś ślad po sobie, podzielicie się swoimi doświadczeniami, sposobami na takie doły. Walczycie z nimi? A jeśli tak, jakimi metodami? A może poddajecie się na starcie i wtedy – co takie „poddawanie się” dla Was oznacza?
Piszcie poniżej albo piszcie po prostu do mnie – bo cieszę się, kiedy wiem, że ktoś mnie czyta, a kiedy i pisze, to cieszę się po dwakroć!