freeimages.com

Muszę wreszcie się przyznać: jestem chora.

Byłam nieostrożna i pozwoliłam się zarazić.

I oj, naprawdę wolałabym, żeby to były jakieś grypy czy anginy.

Ja złapałam innego syfa.
Od rodziny, sąsiadów, stereotypów, konwenansów, wszystkich „mówi się” i „każdy tak ma”.

Mam zespół KBL.

Kiedyś Było Lepiej.

Od razu uspokoję: nie przechodzę tego w najbardziej zaawansowanej postaci. To raczej coś w rodzaju uczulenia, niż trwałych zmian w organizmie. Czasem zaswędzi, czasem objawi się bardziej widocznym wypryskiem; potrafi uprzykrzyć życie, ale w większym stopniu jednak na niego nie wpływa.

A jak przebiega?

Ano na pewno nie tak, że chodzę i wzdycham, i tęsknię, i żałuję. To byłby właśnie zespół KBL w pełnej krasie, ale u siebie obserwuję jego wersję cokolwiek szczątkową.

U mnie to bardziej wątpliwość, czy na pewno jest teraz wystarczająco dobrze, czy na pewno robię wszystko w sposób właściwy, bo przecież jest wokół mnie wiele dowodów na to, że – tak, tak – Kiedyś Było Lepiej.

Potrafi mi na przykład przejść przez myśl, że jeszcze przed paroma miesiącami dysponowałam dwoma pokojami, a nie jednym. Że miałam, jak przystało na świetnie sobie radzącego z życiem dorosłego człowieka, osobną sypialnię, z porządnym, szerokim materacem, z szafkami nocnymi. A teraz mam materac piankowy i zdecydowanie jednoosobowy, który znowu zaczął walić piwnicą, i który od reszty mojej życiowej przestrzeni oddziela jedynie regał typu „krata”. Niezła porażka, co?

Tylko, że w tej mojej sypialni na tym wielkim materacu od ponad roku sypiałam sama, przez większość nocy trzęsąc się z zimna i zwijając w kłębek. Że jedna z tych szafek nocnych stała od pewnego czasu pusta. I psu na budę te dwa pokoje, skoro się w nich człowiek tylko samotnie pałęta.
A co więcej, te dwa pokoje to właściwie mieli moi rodzice, bo przecież mieszkałam z nimi. Teraz może nie stałam się właścicielką apartamentu, ale wynajmuję sobie, kruca, mieszkanie. Sama wynajmuję. Kruca.

Albo widzę jakieś słodziuchne ganiające dzieciaki i myślę, że ech, jakbym się tak postarała, to  już mogłam swoje do Pierwszej Komunii prowadzić.

Tia.
I aktualnie najprawdopodobniej byłoby bez ojca.
A ja z jego powodu musiałabym zostać w domu rodziców, z kijową pracą, zmieniając się w chodzące zgorzknienie i wieczną pretensję.
W każdym razie, na pewno nie byłoby mnie tutaj.

Najbardziej mnie dziwi, i to akurat jest dowód na to, że w niektórych momentach pozwalam chorobie się rozbestwić, pojawiająca się refleksja, że jeszcze rok temu miałam męża. Albo, że w ogóle miałam męża. Albo, że brałam ślub. Albo, że ktoś mi się kiedyś oświadczył i jakie to wszystko generalnie było fajne, a teraz mam Mężczyznę, z którym nawet nie mieszkam.

No, faktycznie. Fantastyczne to było. Zesrać się można było z tego szczęścia.
Ktoś mi się oświadczył, wziął ze mną ślub i był moim mężem.
Oświadczyny przyjęłam, bo nie wyobrażałam sobie, że można inaczej. Wesele było urządzone pod teściową. A małżeństwo się rypnęło po pięciu latach.

A teraz tak kocham, jak nie wiedziałam, przysięgam, nie wiedziałam, że można. Tak bardzo chcieć z kimś być, tak bardzo podziwiać, inspirować się, no o rany, no że tak się właśnie kocha – nie widziałam.

No i… ekhm… nie mieszkam z Mężczyzną, bo przecież sama też tego nie chcę…

Kiedyś Było Lepiej, bo miałam poczytny blog, na którym wiedziałam, co pisać.  Aktualnie wena spływa na mnie rzadko, a jeśli nawet jej się to zdarzy, to zwykle nie w porę i ostatecznie na pisanie zwyczajnie nie mam czasu. Nawet, jeśli go znajdę, to i tak mało kto to czyta. Dramat!

Tylko. Że.
Tamten blog powstał z bólu i samotności.  Cierpiałam i próbowałam sobie jakoś radzić, plan obejmował pisanie właśnie o tym, więc doprawdy, czad, że temat się nie wyczerpywał tak długo. Ten natomiast blog powstał z chęci dzielenia się osiągnięciami na drodze do bycia szczęśliwą. Droga to trudna i absorbująca, nie ma czemu się dziwić, że na opisywanie jej czasem czasu brak. A czytelnicy co mają czytać, skoro nic nie jest pisane?..

Te schizofreniczne stany są dla mnie kompletnie niezrozumiałe, a choć opisuję je z przymrużeniem oka – przeszkadzają. Są niepotrzebnymi wrzodami, oszpecającymi mnie tylko, ujmującymi urodzie mojego życia, odejmującymi zwinności moim w tym życiu ruchom. To niepotrzebne oglądanie się w tył utrudnia docenianie teraźniejszości, w dodatku jest powtarzalnym, stałym schematem, przez który niemal każde dziś mogę docenić tylko z poziomu jutra.

Czasem choroba ma cięższą formę i sprawia, że jestem bliska tęsknieniu za totalnymi absurdami. Wypłukuję ciemniejsze barwy ze wspomnień, potrafiąc dostrzec róż w najtrudniejszej nawet chwili z przeszłości.
I to już wcale nie jest śmieszne.

Na szczęście, antyciała radzą sobie nadal świetnie – główka pracuje, umiejętność wyciągania wniosków nie wygasa i choć regularnie słyszę z różnych stron, że mam skłonności do przesady, to w zakresie zerkania na to, co było, nie pozwalam sobie zanadto się rozpędzać.

Wolałabym jednak w ogóle nie miewać takich durnych skojarzeń i być po prostu zdrową. Pamiętać zawsze, że każda wersja mojej rzeczywistości będzie się składała także z cieni, że warunkiem zmierzania do szczęścia jest zmaganie się z problemami.

I że zarazem wiele z tego, co mnie spotykało kiedyś, miało swoją jasną stronę, do której mam prawo tęsknić. Nie zapominając, że  teraz po prostu to ja decyduję o sobie, co ostatecznie wynagradza wszelkie niedoskonałości.

Nie ma ideałów, nie ma życia idealnego – albo właśnie każde nim jest. Z racji tego, że samo w sobie jest darem. I staje się nim tym bardziej, im bardziej świadomie je przeżywam, nie marnując czasu na wątpliwości i wzdychania.
Jestem. A nawet trochę mam. Było dobrze lub tylko bywało, jednak zdecydowanie – to teraz jest lepiej.