– Nie wydaje ci się, że tramwajami jeżdżą psychopaci? Że zawsze się trafi jakiś psychopata? – zapytała wprost, jak to ona. Lubię to w niej.
– Myślę, że tramwajami jeżdżą… po prostu, ludzie. Wszyscy ludzie. – odpowiedziałam ostrożnie. Jak to ja. – Wiesz, my sobie możemy wyobrażać, że ludzie są tacy sami jak my, jak nasi znajomi. Że słuchają tej samej muzyki, oglądają dobre filmy, czytają dobre książki, można z nimi podyskutować… a ludzie są różni. I jedziesz takim tramwajem, i widzisz. Disco polo. I takie tam.

I ilekroć komuś tak mówiłam, wydawało mi się, że jestem super-otwarta, super-tolerancyjna. Super-spostrzegawcza. W ogóle, przy całym tym moim zasranym zaniżonym poczuciu własnej wartości (Pani słabe strony? – Od czego by tu zacząć…), wydawało mi się, że jednak jestem super.

Bo widzę innych ludzi.
No, doprawdy, Agni.
Czapki z głów.

Dzisiaj rano – błogosławione oświecenia przy mieszaniu owsianki! – ta moja umiejętność widzenia, przydała się, na szczęście, jeszcze lepiej.
Mieszałam tę owsiankę raczej od niechcenia i jednocześnie scrollowałam fejsa. Trafiłam na pytanie pewnego wydawnictwa o ulubione dwa filmy z ostatnio obejrzanych.
Zaczęłam przeglądać odpowiedzi – i zdębiałam. Poczułam, jak się rumienię.

Kobiety mafii. Thor: Ragnarok. Nowe oblicze Greya. Liga Sprawiedliwości. Czarna Pantera.
Wśród innych propozycji – a nadal mówimy o czytelniczkach tego samego wydawnictwa: Zielona mila. Cicha noc. Sierpień w hrabstwie Osage.
I dla mnie przebój – obok siebie: Trzy billboardy… i Botoks.

Jak to możliwe!? – zapytała siebie światła i otwarta Agni.

Zwyczajnie.
Ludzie. Inni ludzie.

Poczułam wstyd, bo zobaczyłam, że to moje podejście było… troszkę podłe. A może bardziej, niż „troszkę”. I na pewno wiążące się z jakimś zadufaniem. I z wyobrażaniem sobie, że ci wszyscy Inni Ludzie – są tacy jacyś… biedni. Bo to disco polo. Bo z czarnych botków wystają im białe skarpetki. A z białych adidasów czarne. Bo nadal noszą dżinsy z niskim stanem. Bo czytają Fakt i Dobre Rady. Bo mają głupie dzwonki w telefonach.

Jakby te wszystkie skarpetki, gazety, muzyka – wrzucały ich do jednej szufladki. Ich WSZYSTKICH! Wszystkich do JEDNEJ! Ja sama – ja jedna – wkurzam się, kiedy ktoś przykleja mi jedną łatkę. Kiedy ktoś metkuje mnie w sposób zamknięty, skończony i płytki. Mnie! Taką… całą i przy tym – zupełnie nieskończoną! Jedna metka!? Jedna ocena – jedna cena!?
A ja ich wszystkich.
Do jednej.

To trudne, ale muszę przyznać sama przed sobą – choć bardzo nie chciałam, gdzieś głęboko w głowie, gdzieś w mojej osobistej tolerancyjnej głowie był głosik, który mówił, że CI, że ONI… No, właśnie. Że wystarczy, żeby móc zastosować wobec kogoś szufladkę „ci” albo „oni”. I że to się jednak staje synonimem gorsi.

Niestety.

Myślę, że na drodze do otwartości na drugiego człowieka, jest rzeczywiście ważnym odkryciem, kiedy wychodzę ze strefy komfortu, zrzucam okulary z filtrem Perspektywa Moich Znajomych i Moich Osobistych Doświadczeń – i kiedy wreszcie WIDZĘ.
Że nie każdy popłakał się po śmierci Dolores. Że być może nie każdy wie, o jaką Dolores, kurde, chodzi. Że nie każdy po Miedziance uznał, że nic już nie będzie takie samo i maniakalnie śledzi Springera. Że nie każdy przejmuje się, czy mu rękawiczki pasują do kurtki, a czapka do szalika (serio! serio, że nie każdy i serio, że ja tak). Że nie każdy w młodości przechodził przez grunge i noszenie dzwonów po tacie. Nie każdy ma wielki szacun do elektroniki i raczej malutki szacuneczek do rapu. Że niektórzy ludzie nadal palą tanie i naprawdę cuchnące papierosy. Niektórzy nawet jedzą mięso! I… i, o Boże, uwierzcie mi, widziałam to na własne oczy – niektórzy pakują w markecie warzywa do jednorazówek!!! Nie mają ani jednego woreczka z firanki!!!

Tak. Oni istnieją.

Na potrzeby oglądania drugiego człowieka, każdy z nas tworzy własną „grupę badawczą” – mniej lub bardziej świadomie. Pakujemy do niej siebie, swoje rodziny, swoich znajomych, dzieci tych znajomych, swoich przodków, swoich sąsiadów… I możemy sobie nawet tę „grupę badawczą” jakoś poszerzać, ale nadal to będzie tylko mikroskopijny wycinek społeczeństwa. I nadal będzie zachodziło ogromne prawdopodobieństwo, że pomiędzy członkami tej grupy będą występować podobieństwa, w dodatku całkiem liczne. Biorące się ze wspólnych doświadczeń, wspólnych miejsc, dzielonych historii.
Zauważyć, że to naprawdę wąskie grono, i że ludzie naprawdę mogą być zupełnie, ZUPEŁNIE inni – tak, to JEST wielka sprawa. To ważne odkrycie. Piszę to bez ironii, bo mam wrażenie, że ja sama dochodziłam do tego dobrych dziesięć lat. Serio.

Tyle, że to dopiero początek.
Bo do tego spostrzeżenia trzeba sobie dopisać pytanie i sprawdzić, czy znam na nie dobrą odpowiedź. Dobrą, a więc nikogo nie raniącą, czułą, życzliwą. Naprawdę otwartą.

Bo jeśli mówię, że ludzie mogą być zupełnie inni, niż ja, to pytanie brzmi: czy na pewno MOGĄ? Co ja na to?

Co, jeśli inny nie będzie dla mnie interesujący albo inspirujący? Co, jeśli otaczają mnie zwyczajni ludzie, dla których ja także jestem zwyczajnym człowiekiem?

Myślę, że tu się dzisiaj zatrzymam, bo kwestia bycia dla siebie wzajemnie interesującym czy inspirującym, sprawa otwartości na zwyczajność – także swoją, a może nawet ta swoja właśnie powinna być punktem wyjścia – to osobny temat, zasługujący na osobny wpis.
Dziś chcę was i siebie zostawić z pytaniem o to, ile jest we mnie rzeczywistej zgody na to, żeby drugi człowiek był inny, niż ja. Ile jest w was tej zgody? Ile jest jej w nas?

___

Wiem, że to ważny temat, i wiem, że opisałam go dzisiaj krótko. Nie chcę nikogo uczyć tolerancji, otwartości, zwłaszcza, że sama się tego wszystkiego dopiero uczę. Chcę za to – i lubię – dzielić się tutaj moimi przemyśleniami. Będzie mi miło, jeśli w komentarzach i wy podzielicie się swoimi.