Nie wiem, skąd się wzięła tamta kaseta, choć pewnie każda z nas chciałaby sobie to przypisać. Oczywiście, nie była oryginalna; nie znałam wtedy zbyt wielu osób, które miałyby oryginalne kasety.

O ile dobrze pamiętam, okładką była czysta biała kartka z równo zapisanymi drobnym pismem tytułami piosenek.
Takiego pisma na pewno nie miała moja siostra, natomiast my trzy, pozostałe, właściwie tak… zatem to żaden trop. Najładniej pisała Ania, więc może to było jej?..

Na pewno potem i ja miałam swój egzemplarz, bo przecież od tego czasu słuchałam jej w kółko. W moim pokoju u babci, w moim pokoju u rodziców, w rodziców samochodzie. I w ogóle wszędzie.

Nie wiem, skąd ją miałyśmy, ale doskonale pamiętam, jak wszystkie cztery zakochałyśmy się w tej muzyce.

Trzy z nas były nastolatkami w pierwszych klasach liceum – rok starsza ode mnie Ania, rok młodsza ode mnie Justyna – i była z nami moja siostra, gimnazjalistka. Rodziny moja i Justyny, jak co roku, spędzały razem jeden tydzień ferii w Jaworzynce, w drewnianej chacie; ponad stuletniej, z wychodkiem na zewnątrz, jednym kranem z lodowatą wodą w środku (a przez długie lata i tego kranu nie było)… Ta chata zasługuje na osobną opowieść i ona nastąpi, ale nie dziś.

Przyjechaliśmy tam więc wszyscy znowu, jak co roku, a tym razem ja zabrałam też ze sobą Anię. Obie nosiłyśmy zielone kurtki, ale jej była ocieplana, normalna. Moja – wojskowa, wielka – przypominała namiot. I to tylko jego ostatnią warstwę, tropik. Chodziłam w wielkim zielonym tropiku… dość przemakalnym zresztą, ale to mi nie przeszkadzało. Ważne, że nie było mnie spod niego za bardzo widać.
Obie nosiłyśmy glany i możliwe, że nosiła je też wtedy Justyna… choć nie jestem pewna, czy mama Justyny kiedykolwiek pozwoliła jej w ogóle mieć glany.

Nie wiem, jak to się zaczęło i którego wieczora włożyłam tę kasetę do srebrnego magnetofonu, który ze sobą przywiozłam. Być może minęło już parę wspólnych dni, skoro przy Ani czuły się już swobodnie także Marta i Justyna… ale bardziej prawdopodobna wydaje mi się jednak moja wersja zdarzeń.
Ta, w której Ania ma porządną kurtkę i Justyna też, za to my obie z Anią nosimy glany. Moja siostra prawdopodobnie nosi obcisłe dżinsy i kurtkę albo przykrótką, albo jakąś po mnie, i prawdopodobnie, choć najmłodsza, z nas wszystkich to ona umie się już najlepiej pomalować i poczesać. Jest tak bardzo z innej epoki, jak bardzo wtedy mogła być dla pryszczatej licealistki, chowającej się w glanach i wielkich swetrach, młodsza, długowłosa blond siostra, w dodatku chodząca do gimnazjum. Za moich czasów nawet nie było gimnazjum!
Z Martą więc kontakt mamy dość mizerny; może kłócimy się już trochę rzadziej, odkąd mieszkam u babci, ale niekoniecznie w ogóle mamy o czym ze sobą gadać.
Z Justyną jesteśmy sobie nadal bliskie, choć moje zaufanie do niej nadszarpnięte jest wiedzą o tym, że jej mama jakiś czas temu przestała widzieć we mnie odpowiednie dla niej towarzystwo, i że Justyna jakoś szczególnie mocno z tym przekonaniem nie próbowała walczyć.
Ania jest dla mnie pod wieloma względami tak niedoścignionym wzorem, że mój podziw dla niej miesza się z zazdrością. Za pół roku pojadę z jej rodziną nad morze i kiedy jesienią zobaczę nasze wspólne zdjęcie z plaży, a na nim moje krótkie nogi obok jej długich i szczupłych, natychmiast to zdjęcie potargam… co będzie pierwszą poważniejszą rysą na naszej przyjaźni. Później pojawią się kolejne, a potem ta znajomość nie przetrwa próby rozłąki, kiedy Ania zacznie studia w Krakowie.
To wszystko jednak potem. Teraz ją uwielbiam, po cichu zazdroszcząc; figury, urody, ciemnej karnacji, stylu, rozsądku, doskonałej pamięci, świetnych ocen…
Ania nosi okulary, jak my wszystkie – choć moja siostra niechętnie i rzadko. A może nawet już po prostu wcale tego nie robi, ale my trzy, pozostałe – jesteśmy półślepe. I wydaje mi się, że Ania z Justyną w swoich okularach wyglądają ślicznie. Wydaje mi się też, że nawet trądzik Justyny jest mniej okropny od mojego. Buzia Ani jest, oczywiście, gładka. No i te nogi długie. Jezu, w niej się można było zakochać!
Dwie chude i fajne, trzecia młoda i atrakcyjna, i ja. Radząca sobie z sobą – muzyką.

Nie pamiętam więc, który to był wieczór, kiedy w srebrnym magnetofonie po raz pierwszy znalazła się ta kaseta i nie wiem, czy od razu zgasiłyśmy światło, nie pamiętam, skąd miałyśmy świeczki.
To była No Need to Argue The Cranberries.

Puszczałyśmy ją w kółko. Mimo, że magnetofon miał paskudny dźwięk, zwłaszcza, kiedy grał głośno (a grał).
Leżałyśmy – albo skakałyśmy. Śpiewałyśmy, nie wiedząc  o czym (no, może Ania trochę wiedziała, ona akurat rzeczywiście kumała angielski).
Ta muzyka była dobra, mocna, piękna, poruszająca.Trafiła każdą z nas prosto w serce i wtedy właśnie zobaczyłam, że wszystkie mamy po takim samym tego serca kawałku. Tym wrażliwym, tym, który każe nam zapalić te świeczki, kłaść się na łóżkach i leżeć z mokrymi oczami do słuchanej już piąty raz tej samej piosenki.

Każda z nas była naprawdę inna. I nie zapomniałyśmy o tych różnicach, one wtedy, w ten… sama nie wiem, czy to był jeden wieczór, czy parę – mój brat mówi, że ciocia – sąsiadka z pewnością też sobie wtedy doskonale przyswoiła wszystkie teksty – w każdym razie, w tym czasie, słuchając tej muzyki i wchodząc w nią, po prostu nie myślałyśmy o tym, jakie jesteśmy. Taka była jej siła – i wspólnie odkrywałyśmy, jaka siła jest w nas.

Bo wiem, że to był jeden z nielicznych momentów w moim życiu, kiedy poczułam, jaką siłę mają w sobie nastolatki. Jaką jedność potrafią wytworzyć, i pewność; kilka dziewczyn, spośród których nie wszystkie się wcześniej znały.

I żadne z dorosłych – a przynajmniej ja nie pamiętam takiej sytuacji – żeby któryś z dorosłych w jakikolwiek sposób skrytykował tę naszą specyficzną imprezę. Jeśli nawet ktoś coś powiedział, musiało mnie to w ogóle nie dotknąć, co również jest zjawiskiem szczególnym, bo nie chowa się pod kurtko-namiotem ktoś, kto potrafi znosić dotknięcia.

Dorośli… kiedy to się stało, że zaczęłyśmy do nich należeć?.. I dlaczego tego, co wtedy między nami się zrodziło, nie umiałyśmy w sobie zatrzymać, zachować na dłużej? Pielęgnować. Karmić się tym, wzmacniać.

Justyna z Anią zaczęły się kontaktować i spotykać w tajemnicy przede mną. Być może to we mnie było coś, co je do tego skłoniło, ale odkrycie tego parę miesięcy później na wiele lat zablokowało we mnie zaufanie do kobiet i branie pod uwagę w ogóle możliwości zaistnienia takiego zjawiska jak „kobieca przyjaźń”.
Moja siostra okazała się być chyba najbardziej otwarta z nas wszystkich – wykładałyśmy jej tam tajniki „bycia grunge” i rzeczywiście, wkrótce także była w posiadaniu glanów, także nosiła za wielkie swetry. Oczywiście, nadal była zbyt ładna, jak na moje osobiste potrzeby, ale mogłam jej to wybaczyć, dzięki temu, że No Need to Argue nie był ostatnim mocnym albumem w jej życiu.

Teraz jest mamą, etatową nianią, ma dom z ogródkiem. Justyna jest panią logopedką, absolutnie zbzikowaną na punkcie swojej pracy. Z Anią nie mam kontaktu… ale wiem, że uczy w szkole i udziela się w radzie miasta, w którym mieszka z mężem i kilkorgiem dzieci.

Ja szukam, odbijam się od kolejnych ścian, które, rzecz jasna, wcześniej sama ustawiam, dbając o każdą cegiełkę lęków i starych zranień.

Chcąc nie chcąc, wszystkie jesteśmy dorosłe.

Kiedy słyszę dźwięki tamtej muzyki, czuję zapach i chłód niedogrzanego drewnianego domu. Widzę przytłumione światło. Nas. Każda piosenka z tamtej płyty od razu ląduje w moim brzuchu, skąd potem gwałtownie chce się wydostać mocnym szlochem. Coś się zrodziło, czemu nie umiałyśmy dać żyć… ale było. Na ten krótki czas – i zostało nam w głowach. Wierzę, że nam wszystkim, choć wiem, że w różnych wersjach; że jeśli pozostałe przeczytają tę historię, powiedzą – jasne, fajnie, ale to przecież było zupełnie nie tak!..

Mój tata znalazł dla mnie parę zdjęć z tamtego wyjazdu… ale nikogo na nich nie rozpoznaję. Wiem, że to my! Nie wyglądamy jednak tak, jak powinnyśmy. Nie potrafię tego ująć inaczej.
Ania ma śmieszny nos i okulary, ja się zbyt szeroko uśmiecham, moja siostra ma zbyt ciemne włosy.
Nie zamieszczam tu więc żadnej z tamtych fotografii – bo to nie my na nich jesteśmy.
Te prawdziwe, włączały trzeszczący magnetofon, gasiły światło, tańczyły, śpiewały. Były sobie najpiękniej bliskie, patrzyły na siebie z ufnością – więc w oczach każdej z nas te pozostałe wyglądały wtedy najpiękniej.

Pamiętam po swojemu nas i nadałam wiele swoich znaczeń tej muzyce. I pewnie nie napisałabym o tamtym czasie aż tyle, ale Dolores odeszła, we mnie coś się skruszyło, kiedy o tym usłyszałam, a potem zobaczyłam, że mnóstwo fajnych, wartościowych kobiet przekazywało sobie tę wiadomość nie, jak ciekawostkę, tylko jak coś bolesnego. Ważnego.

Nie umiem dobrze spuentować tej historii.

Dorosła. Ale jak to.

______________

(Wszystkie zamieszczone zdjęcia są mojego autorstwa i powstały nie w Jaworzynce, a w Nowej Hucie, dzisiaj – 21.01.2018.)