– Mama coś dla ciebie ma…

Widzę, jak Lili natychmiast otwierają się szerzej oczy. Kiwa potakująco głową, bez słowa. Zaplata małe rączki, skupiona, z błyszczącymi oczami.

Moja siostra sięga do kieszeni, a jej córeczka ani drgnie. Czeka – poważna, cierpliwa i niecierpliwa.

Wreszcie widzi to, co pojawiło się na dłoni jej mamy. Ramionka unoszą się jej lekko w górę. Oczy robią się jeszcze większe, splecione nadal rączki podnosi do ust, z których wydobywa się przyciszony okrzyk.

Nieoczekiwanie, odbiega kawałek dalej. Odwraca się, opiera jedną ręką o fotel, przechyla główkę. Uśmiecha się nieśmiało, prawą nóżkę ugięła w kolanie, wspięła się lekko na palce i obraca tę nogę raz w jedną, raz w drugą stronę.

– Tak, to naprawdę dla ciebie! Chodź, weź sobie.

Widzę najpiękniejszy na świecie uśmiech, dłonie znów przy ustach, przybiega z powrotem. Patrząc mamie w oczy, sięga nieśmiało rączką. Mama potakuje, więc zabiera swój skarb.

Mały czerwony lizak.

Podaje do odpakowania, potem wkłada sobie do ust i stoi obok nas. Szczęśliwa. A my nie możemy się poruszyć, urzeczone tym, co właśnie widziałyśmy.

Była czystą radością, bo dostała coś od swojej mamy. Była czystą wdzięcznością. Bo coś dostała.

Kiedy ja ostatnio się tak z czegoś ucieszyłam?.. – przyszło mi do głowy. A potem: Ja też tak chcę!

I co prawda, odkąd pozazdrościłam mojej siostrzenicy umiejętności tak cudownego cieszenia się, wcale nie zaczęłam witać każdego dnia okrzykiem „dziękuję, że wstałam!”; takie gwałtowne przewroty nie są do końca w moim stylu. Zaczęłam sobie jednak… próbować. Sprawdzać, czy przypadkiem nie umiem też tak, jak ta mała – skoro to takie fajne.
Kiedy więc dopada mnie czarnowidzenie i skupiam się wyłącznie na negatywach, staram się zatrzymywać, nie zapadać w ten stan nadmiernie i – szukać. Czy przypadkiem obok tego, co mnie smuci, nie wydarzyło się też coś, co mnie cieszy? Coś, za co mogłabym poczuć wdzięczność?

I, no cóż, zwykle coś takiego znajduję.

Czasem chodzi o drobiazg (lizak). Czasem o oczywistość (prezent). Moja tendencja do roztrząsania i oglądania z każdej strony tego, co zabolało, skutecznie jednak odgradzała mnie od możliwości dostrzeżenia tego, co sprawiło mi przyjemność. Do DOCENIENIA tego – a przecież wcale nie musiało się wydarzyć!

Organizowaliśmy w minioną sobotę z Prawiemężem imprezę ostatkową. Właściwie, ponieważ on miał dużo pracy (a u mnie w tym temacie bez zmian), imprezę organizowałam ja, z jego pomocą, oczywiście. I „brałam na siebie” wszystkie takiego podziału obowiązków konsekwencje. Zaprosiłam znajomych, ustaliłam menu, odpowiadałam na pytania, wymyśliłam sobie przebranie, zalałam skórkę cytryny wódką, a kiedy rzeczony dzień zaczął się zbliżać, zaczęły też do mnie przychodzić wiadomości. Od tych wszystkich, którzy jednak postanowili nie być (albo odkrywali, że być nie mogą).

Wiadomości przychodziły, a ja markotniałam. I markotniałam. Bo to też „brałam na siebie”. I przyłapałam się na tym, że liczę tych, co przyjdą, tylko po to, żeby móc sobie na końcu w myślach powiedzieć tak mało!? – i wtedy zrobiło mi się wstyd. Jak mogę tak traktować ludzi?! W tym: jak mogę tak traktować SIEBIE.

Czy przypadkiem nie lepiej by było ucieszyć się tymi, którzy BĘDĄ?

Jasne, że cieszyłam się z nich już wcześniej, ale przykre wiadomości sprawiły, że – znowu – poświęcałam więcej uwagi temu, co się wydarzyć nie mogło. Tym wszystkim nieobecnościom – zamiast obecności.

Czy nie lepiej poczuć wdzięczność?

I tak właśnie zrobiłam, mogłam więc doświadczyć prostej radości z tego, że impreza się odbędzie, że będą na niej fajowi goście, że będzie pyszne jedzenie, i że będziemy sobie gadać do nocy o ważnych i nieważnych sprawach. A M. i M. nawet zostaną na noc! To dopiero radość!

Czasem denerwuje mnie ta moja konieczność ciągłego analizowania. Nieumiejętność prostego odbioru rzeczywistości, tylko rozdrabnianie, dopytywanie, doszukiwanie się. Moja siostrzenica ciągle pokazuje mi, że lepiej jest szukać w sobie tej dziecięcej prostoty. Jest to dużo bardziej… zdrowe. Dla mnie i dla moich relacji z innymi.
Zarazem, gdybym tak ciągle nie OBSERWOWAŁA, być może nie dojrzałabym tamtych emocji, którymi podzieliła się z nami Lili; nie pozazdrościła jej i nie poczuła potrzeby naśladowania jej.

Dostałam więc w pakiecie dwie lekcje: pierwsza mówi mi, że skoro umiem obserwować, to mam robić to dalej, bo dzięki temu mogę także w małym dziecku dostrzec nauczyciela. A druga jest już prezentem właśnie od tego nauczyciela, co ma niespełna półtora roku – i jest lekcją tego, jak piękna jest radość. Jak dobrze jest ją czuć.
Doceniać drobne, ale dobre rzeczy, które przynosi mi świat. Najpierw zresztą – zacząć ich szukać! Bo w tym też już jest coś przyjemnego. A potem – cieszyć się i dziękować.

Także: cieszyć się sobą i dziękować samej sobie.