Zdaję sobie sprawę z tego, że to bardzo ważne, jak się zaprezentuję w pierwszym poście. Bardzo chciałabym, żeby był błyskotliwy, iskrzył dowcipem i zainspirował czytelników do odkrywczych przemyśleń. Na jakiśtam temat.

Litości. Wczoraj był Sylwester.

Witajcie na mojej stronie!
Autorem nazwy jest pewien Artur, któremu za podzielenie się swoim talentem oficjalnie raz jeszcze składam wielkie dzięki.
Jeśli ktoś mi pomoże połączyć to miejsce z profilem na fb, również będę wdzięczna…
O tym, dlaczego swoją stronę założyłam i o tym, kim jestem, możecie przeczytać w zakładkach. Pozwolę sobie jednak dziś też coś jeszcze na ten temat napisać.

Zaczynam wiele rzeczy, a w pewnym sensie po prostu wszystko, jeszcze raz. Od początku.
Co to znaczy?
Podsumujmy stan na dzień dzisiejszy.

1. Po rozwodzie postanowiłam wrócić do panieńskiego nazwiska, ponieważ mojej przyszłej kariery, jaką przeczuwam bez najmniejszych wątpliwości (choć nie wiem jeszcze, w jakiej dziedzinie), nie chcę robić pod nazwiskiem rodziny, która mnie oskarżyła o rozpad mojego małżeństwa i która zerwała ze mną wszelkie kontakty. Kij im w żebra, jeszcze tego pożałują. A tak poważnie – lubię swoje panieńskie nazwisko i nie widziałam powodu, by do niego nie wrócić. Za ten kaprys w urzędzie miasta zapłaciłam sto złotych pięćdziesiąt groszy (prawo jazdy), za około miesiąc będę mieć nowe dokumenty, z adresem zamieszkania, który mam nadzieję, że wkrótce nie będzie aktualny.
Tak – jestem rozwódką.

2. Aktualny adres zamieszkania umiejscawia mnie na Górnym Śląsku, w domu moich rodziców, gdzie zajmuję pokój, sypialnię, mam swoją namiastkę kuchni i ciasną, ale własną (i cholernie ciemną) łazienkę. Mam tu ciepło, przytulnie, klimaciarsko, czuję się tu u siebie – i zarazem właśnie nie u siebie się czuję. Moi rodzice są stale nade mną (dosłownie – oni zajmują piętro, ja parter) i choć nie wtrącają się w nic, do niczego nie zmuszają, są serdeczni i kibicują mi w moich decyzjach, to są po prostu za blisko. I zbyt stale. I po prostu, to chyba dość naturalne, że jestem po trzydziestce, poprzedni scenariusz się wyrypał, pora nowy pisać już bez możliwości podwędzania mamusi dwóch kromek na śniadanie.
Tak – szukam mieszkania. Dodam, że w Krakowie. Oby to było mieszkanie, nie pokój.

3. Straciłam pracę (od razu dodam, że na własne życzenie), przede mną rejestracja w wiadomym Urzędzie i zasiłek.
Tak – szukam pracy. W Krakowie. Oby to była praca w zawodzie.

Z ważniejszych planów na styczeń, poza rejestracją w UP: opłata pierwszej raty ubezpieczenia samochodu, jego przegląd.  Kupa kasiury. Formalnym właścicielem Srebrnej Strzały jest BM (były mąż), ale zostawił mi ją, bo codziennie dojeżdżałam do pracy. Teraz też się zresztą przyda – owszem, generuje wydatki,  ale i pomoże w wycieczkach, które planuję z Mężczyzną. To też sprawa, którą zaczynamy już w styczniu, a dokładnie w najbliższy weekend – jedziemy z parą znajomych do Budapesztu.

Czy mniej więcej potraficie już sobie wyobrazić moją aktualną sytuację?

Nie rozgrywają się żadne dramaty. Zakładam zresztą, że do jakiegoś stopnia w minionym roku wyczerpałam ich limit, choć nie mogłabym powiedzieć, że 2014 oceniam jakoś krańcowo źle. Rozwiodłam się, straciłam pracę, ale także zakończyłam kilkuletnią terapię,  poleciałam na Islandię, sama postanowiłam zacząć od nowa, no i poznałam Mężczyznę. Jasne, że można powiedzieć, że jestem w czarnej d. i nie bardzo da się z tym dyskutować. Nie jestem pieprznięta na tyle, żeby kompletnie nie bać się przyszłości. Bodaj pierwszy raz w życiu czuję jednak, że to ja podejmuję decyzje.

A ich konsekwencjami będę się tu dzielić. Postępem zmian. Przebiegiem rzucania się na życie raz jeszcze.

Witajcie i częstujcie się, na zdrowie.