Chciałam napisać: tulipany na kuchennym stole, tak po prostu.
Całkiem fajne zdanie, co?
Nie do końca prawdziwe.

Tulipany są piękne i kompletnie mnie rozczulały, kiedy jadłam pod nimi pierogi z reala, ze smażoną cebulką i z maślanką w kubku, mmm. Tulipany na stole, ciepły obiad na talerzu i moja paplanina o pracy. A że dziś nie było A., to trochę luźniej, za to pewnie jutro będzie znowu wszystko naraz, a że wkurzyłam pana L., ale P. się kazał nie przejmować, a co u ciebie.
Nic z tego nie jest „po prostu”.

Mam świetną pracę i jestem w Krakowie – z tego, co kojarzę, dopiero drugi raz w życiu realizuję jakiś plan, a przynajmniej dopiero drugi raz mój własny. Wydawało mi się jednak, że zabieram się do tego, mając już pewną kwestię w sobie w znacznym stopniu uporządkowaną, pewien rozdział zamknięty – a tak nie jest.

Jak pisałam, jestem po rozwodzie, nie ukrywam również, że mam za sobą terapię. Rozmowy z panią J. pomogły mi uwierzyć, że mogę o siebie zawalczyć i to mojej pracy nad sobą zawdzięczam miejsce, w którym obecnie się znajduję.
Tyle, że popłuczyny po tym rozstaniu chlupoczą we mnie jeszcze bardzo mocno.

Mój Mężczyzna nie jest ideałem. Dzięki Bogu! Jest dość ekscentryczny, ale – przynajmniej w pewnych kategoriach – zupełnie normalny zarazem. I tylko ciągle przekonuję się, że cierpliwość ma nadzwyczajną, a ja wolałabym jej tak często na próbę nie wystawiać.

Pod koniec sierpnia 2013 roku usłyszałam, że ktoś, kto sto osiemdziesiąt cztery tysiące razy powiedział, że mnie kocha, odchodzi, bo zrozumiał, że nie mógłby być ze mną szczęśliwy. I chyba nie do końca udało mi się przyswoić, że to on nie mógłby ze mną być szczęśliwym; chyba jednak zostało we mnie przekonanie, że to oznacza, że szczęśliwym ze mną nigdy nie mógłby być nikt. To dość chore założenie, wiele utrudniające. Łapię się na byciu non stop napiętą i podejrzliwą. Na interpretowaniu wielu wydarzeń w sposób zdecydowanie przykry dla mnie samej. A przypisywanie Jemu złych intencji jest też przecież przykre dla niego, to oczywiste.

Nie chciałabym, żeby pokutował za przewiny mojego byłego męża, widzę te szkodliwe mechanizmy we mnie – i niewiele umiem z tym zrobić.
Nie umiem tak po prostu uwierzyć w Jego przywiązanie do mnie, nie umiem poczuć się pewnie i bezpiecznie.
Jestem nerwowa, wybuchowa, potrafię cholernie mocno zranić słowami, naprawdę poniżej jakiegokolwiek poziomu.

I, oczywiście, widzę to. I czuję się z tym źle. I utwierdzam w przekonaniu, że nie wytrzyma ze mną, więc robię się tym bardziej zdenerwowana, właściwie to wieczny miks doła & podkurwienia (sorry).

Nie umiem chyba dzisiaj pokleić myśli w słowa, napisać wprost to, co kołacze mi się w czaszce…

Chodzi mi o to, że zrobiłam duży krok do przodu, a jednak coś jeszcze we mnie kuleje i nie do końca umiem sobie z tym poradzić. Zależy mi na tym, co razem budujemy i czasem zastanawiam się, czy ta moja agresywność i nieprzewidywalność reakcji nie wynikają właśnie z tego zaangażowania. Czy sama siebie nie przerażam tym, jak bardzo nie chcę tego zepsuć.
Nie mówię, że wolałabym mieć podejście „jeśli ma się spieprzyć, to i tak się spieprzy” – to konformizm, bullshit i uprawomocnienie lenistwa, niezaangażowania, niestarania się, niechęci wobec pracy nad związkiem, a trzeba przecież nad związkiem pracować; bycie razem, miłość to nie są rzeczy, które dzieją się same. A więc nie, nie mam nadziei na wypracowanie w sobie takiego właśnie stosunku do tematu – tylko czy przez to, że tak bardzo bardzo bardzo chcę, żeby było dobrze, nie umiem po prostu wyluzować i cieszyć się każdą chwilą?
Choć to też nieprawda, bo bardzo się przecież cieszę. Te obawy i napięcia są raczej podskórne i właściwie, pisanie o nich teraz, jest też dla mnie formą terapii. Sama sobie to wszystko uświadamiam, obnażam się sama przed sobą i wam także pokazuję – nie jest idealnie. Jest praca, jest Kraków, ale nie jest idealnie. Może nie musi być?

Tulipany urastają w moich oczach do rangi naprawdę wielkiej sprawy, jeśli minionego wieczoru znowu powiedziałam za dużo, jeśli znowu nie zrozumieliśmy się na skalę totalnie beznadziejną. Zobaczenie dziś w kuchni świeżych tulipanów odłupuje potężny kawał twardej skorupy, którą obrosło to moje durne serce.

Może nie byłoby wielu fantastycznych rzeczy, których właśnie doświadczam, gdybym nie usłyszała tego wszystkiego w tamtym sierpniu. Gdybym nie zaczęła nosić obrączki na obwiązanym wokół nadgarstka rzemyku, a w końcu nie schowała jej do szkatułki, by do dziś nie wiedzieć, co z nią zrobić.
Może gdybym przez długi miesiące nie spłukiwała sobie koloru oczu, nie patrzyłabym potem na Islandię, a dziś na to moje nowe życie.
Nie wiem jednak, czy to prawda, ale wiem, jak mocno dziś potrafię ranić, a wolałabym nie posiadać tej umiejętności.

Może nie byłoby tulipanów, gdyby nie mój krzyk. Krzyczę jednak ze strachu, chciałabym przestać się bać. Nie myśleć, że są tylko dlatego. Nie myśleć kategoriami zasługiwania.

Wiecie, raz tylko Mu powiedziałam, że lubię żółte tulipany. Tak po prostu wziął i zapamiętał, dziś poszedł i po prostu kupił.

Cieszę się tym jego „po prostu”. I czekam na moje.