Nie pamiętam, jak często odbywały się ogniska u dziadka na ogrodzie, ale latem bardzo często spotykaliśmy się całą, rozsadzoną po najbliższych domach, rodziną, by razem jeść, pić i śpiewać do późna w noc.

Do rytuałów tych imprez należał obowiązek spytania przez nas, dzieciaki, przed ich rozpoczęciem:
– Dziadek, kaj my se momy siednonć?
A dziadek musiał odpowiedzieć:
– Na dupach!

Mam za sobą bardzo trudny tydzień. Tydzień, w trakcie którego bardzo starałam się pamiętać, że lubię moją pracę – i za nic w świecie nie mogłam sobie przypomnieć, dlaczego.
Miałam wrażenie, że realizacja projektu, za którego powodzenie odpowiedzialnością mnie obarczono, nie posuwa się do przodu ani o milimetr; że nikt mnie nie szanuje, moje decyzje nie są respektowane, nie potrafię objąć całości przedsięwzięcia, nad niczym nie panuję, odnoszę same porażki, wysiadam, wypalam się, wykańczam.

Próbowałam wracać do refleksji, które przyniósł mi marzec, jednym z tych mocnych, choć dość prostych w gruncie rzeczy i chyba zwykle skutecznych, sposobów: chorobą. Byciem w niej i na nią patrzeniem. Moją grypą i gorączką, na tyle mnie otumaniającą, że nie byłam w stanie odpalać komputer, a nawet gdybym to zrobiła, więcej mogło z tego wyniknąć problemów, niż korzyści…
I chorobą dziadka.

Odwiedziłam go w szpitalu, patrzyłam na jego wolniuteńkie ruchy.
I myślałam o tym, że to wszystko, co odbiera mi ostatnio sen i apetyt, to nic, bo przecież naprawdę trzeba żyć, bo przecież chce się żyć!..

Mój dziadek, nasz dziadek.
Jako dzieci, wszyscy trochę się go baliśmy. Potrafił huknąć jak nikt i natychmiast uciszyć nasz jazgot (a była nas co najmniej szóstka). Mocny sposobem bycia. Pobożny, ale nie na pokaz. Szorstki i troskliwy. Niezniszczalny – nawet, kiedy zaczął mieć problemy ze zdrowiem. I pamiętam zapach jego fajki, zamienionej z czasem na papierosy.
Zdarzało mi się wyjść z domu i po prostu zastać go siedzącego pod naszym orzechem. Nie wiadomo, jak długo szedł, wspierając się laską, ale na takie spacery wychodził bardzo często, póki siły na to pozwalały.
Co kawałeczek zatrzymywał się, zamieniając parę słów z sąsiadami.
Ludzi przyciągał, był świetnym opowiadaczem. Z najprostszej historii potrafił w sposób naturalny i niewyszukany zrobić prawdziwą perełkę. Używając zwykłych słów, nas, słuchaczy, doprowadzał do łez ze śmiechu.

Czasem zapraszał na „opróżnianie barku”. Mówił, że nie ma miejsca na nowe butelki, ja załapałam się tylko na dwa takie spotkania, nikt zresztą nie mógł nigdy przewidzieć, kiedy nastąpią. Trwały długo, dziadek brylował, a wódka lała się na przykład z flaszki w kształcie Ukrainki, której w celu czynienia powinności, trzeba było ukręcać głowę.
Oboje z babcią korzystali z każdej okazji, żeby spotkać się w większym gronie rodzinnym.  Choć coraz słabsi, coraz wcześniej takie imprezy sami opuszczający, organizowali je chętnie, zapraszając dzieci, wnuki, prawnuki.

Kawę pił zawsze ze szklanki, nigdy z kubka. Chyba każdy z nas trzymał w domu jedną taką szklankę, właśnie dla niego.

Kiedy w liceum przyjeżdżałam do naszej wsi co weekend, w każde niedzielne popołudnie wciskał mi w rękę pięć złotych. Kiedy z Byłym Mężem chodziliśmy po górach, uwielbiał słuchać naszych historii. Sam był przewodnikiem, jako dziecko obiecywałam sobie pojechać z nim kiedyś w Bieszczady, nie udało się. Tak bardzo mi szkoda.

Pamiętał… pamiętał chyba wszystko. O tym, że za Niemca był porządek. Którędy szli ruscy. O przebranym dioble, który tańcował z naszą dziołchą na sobotniej zabawie – i która panna to była. Znał chyba większość mieszkańców naszej miejscowości; i to mam wrażenie, że ze trzy pokolenia wstecz.
Chciałam go sfilmować. Chciałam go nagrać, jak opowiada. Chciałam spisać to, co pamięta.

Zawsze był na to jeszcze czas.

Tak, to banalne, ten sam błąd ciągle wszyscy popełniamy. Wiem i ta wiedza niczego, zupełnie niczego nie zmienia.

Miał w sobie otwartość i siłę. Był smutny, kiedy się rozwodziłam, a potem czułam, że mi kibicuje w budowaniu siebie od nowa.
Pytał o ten Kraków. Mówił: – Yno nie zapomnij o Panu Bogu!

Odszedł przed paroma godzinami.
Kto teraz będzie pił kawę z tych szklanek.