Podobno życzenia noworoczne składa się tylko do święta Trzech Króli – oświadczam, że ta reguła absolutnie nie dotyczy tematyki wpisów na blogach. Zbliżamy się do połowy stycznia, ale nadal styczeń jest pierwszym miesiącem zupełnie nowego Nowego Roku, więc jesteśmy zaledwie niespełna dwa tygodnie po tego Nowego rozpoczęciu. Tak; jestem zdania, że zdecydowanie można się jeszcze do kwestii związanych z początkiem odnosić.
I to właśnie dziś robię.

Pisałam ostatnio o oswajaniu swoich złych nastrojów i wspomniałam, że początkowo nie miałam pojęcia, skąd się tak nagle wziął mój wielki smutek akurat pierwszego stycznia, a więc dzień po naprawdę udanej imprezie sylwestrowej.
Tak – „początkowo”, bo w gruncie rzeczy dość szybko uświadomiłam sobie, co było jego źródłem.

Zatem, raz jeszcze, po kolei.

Jest pierwszy stycznia, krótko przed świtem idę spać, całkiem, trzeba przyznać, szczęśliwa, mocno wygrzana w saunach, radosna, wtulona w Prawiemęża. Mija parę godzin, budzę się i… i przychodzi mi do głowy mój dziadek. Mój, dodam, nieżyjący od prawie trzech lat dziadek (opowiadałam Wam o nim kiedyś zresztą). A zaraz po nim – drugi, który odszedł lat temu już prawie dwadzieścia. Nie mogę powiedzieć, że pomyślałam wtedy literacko ki czort!?, bo pomyślałam co najwyżej mało przytomne hę? – a potem zrobiło mi się smutno, obraz dziadków przez długie godziny do mnie nie wracał, ja starałam się w tym moim czarnym dole za wygodnie nie mościć… a jeszcze tego samego dnia, pod wieczór – miałam jasność.

Poskładałam ze sobą skojarzenia, myśli, które do mnie przez cały ten dzień – znaczący przecież, wyjątkowy – przychodziły. Bo nie były to tylko nagłe wspomnienia o moich dziadkach. Pojawiły się też we mnie jakieś obrazki z dzieciństwa, z małżeństwa – pierwsze wspólne wakacje, oświadczyny, takie tam… A przecież właśnie powiesiłam nowy kalendarz na ścianie, właśnie rysowałam nowe tabelki w moim bullet journal, właśnie wkuwałam nową cyferkę na końcu daty, a tu – przeszłość!? Przeszłość, zamiast tego Brand New Tomorrow!?

Oczywiście, że tak. Nie da się inaczej.

Moja mądra głowa podsunęła mi obrazy, bo miewam już dosyć słów. Nie dlatego, że słowa do mnie nie trafiają – wręcz przeciwnie! Jeśli kto we mnie słowem rzuci, to ja chyba czasem jakbym gębę szeroko rozdziawiała i to słowo, często przecież ciężkie, kamienne, połykała. I trzymała sobie w brzuchu, bo przecież jak strawić kamień. A wystarczyło się uchylić! Nie pozwolić, by czyjaś opinia, czyjeś zwerbalizowane osobiste lęki, traumy – trafiły we mnie.
Słów, to ja mam już czasem w nadmiarze – nawet, jeśli chodzi o dobre, niosące wsparcie, o mądre. Bo z wprowadzaniem w życie wniosków z nich płynących – trudno.
Dlatego tym razem lepsze były obrazy. Których się nie spodziewałam, których nie zaplanowałam; które same (no, na tyle „same”, na ile jest to w ogóle możliwe) do mnie spłynęły, a kiedy je już zobaczyłam, trzeba było im poświęcić uwagę. I zrozumieć.

Zrozumiałam więc, że poprzychodziły do mnie dawne Agnieszki, które się cholernie zasiedziały w różnych momentach mojego życia – tego, które mam już za sobą. Tego, które wpłynęło na mnie, ukształtowało mnie, ale którego też już NIE MA. Nie ma! Trochę tak samo, jak nie ma przyszłości. Jest DZIŚ, z którego jutro wyniknie, więc to na tym, co jest TERAZ pora się skupić. Stanąć na nogach, stawać każdego dnia – ale to jest niewykonalne, jeśli będę się tak często oglądać za siebie. Bo jeśli idąc ulicą, ciągle bym się tak za siebie oglądała, to skończyłoby się wejściem w słup. Albo prosto pod samochód.

Przyszły do mnie, żebym mogła wreszcie pożegnać przeszłość. I podziękować jej – za siebie. Bo jestem dzięki tamtej małej Agnieszce, która nie umiała dobrze skakać w gumę. Tej trochę większej, która miała trądzik. Tej, która nosiła wojskowy plecak i glany; tej, w której się zakochał zakonnik; tej, która potem przez niego strasznie płakała. Tej, która spotykała się z kabareciarzem, przyjęła jego oświadczyny, a potem wzięła na klatę jego odejście.
I tej, która trzydzieści lat temu zasypiała w wielkim łóżku, między dziadkiem i babcią, i słuchała tajemniczego buczenia z hałdy, wyrastającej tuż za domem.
I której ten sam dziadek robił latem kakao z zimnym mlekiem.
I której drugi dziadek oddał swoją kolekcję górskich przypinek i proporczyków.
I, rzecz jasna, mogłabym tak długo… ale już nie trzeba.

Są dobre momenty na wspominanie, ale istnieje też jakaś takiego wspominania dobra częstotliwość, ponad którą już się zaczyna krzywda robiona samemu sobie. Zbyt długie, zbyt częste rozpamiętywanie, to blokowanie się w rozwoju; nie jest on możliwy, kiedy zmuszam swoją głową właśnie do tego ciągłego oglądania się.

Moja przeszłość, ślady, blizny. Moja historia. Mocniejsza od wielu cudzych – i od mnóstwa sto razy bledsza. Jestem wdzięczna Bogu, sobie i innym ludziom za to, jaka była; za to, że dała mi siebie. Piszącą, płaczącą, śpiewającą. Każdą mnie.

Podziękowałam więc.
I mogę iść dalej.

Wiem, że przede mną jeszcze wiele lekcji. Wśród nich także ta, żeby z kolei nadmiernie myślami nie wybiegać w przód; nie próbować wszystkiego przewidywać i potem nie być tak bardzo skołowaną, kiedy scenariusz mojego życia okazuje się nie być pisany tylko przeze mnie.
Tymczasem jednak cieszę się, bo wiem – solidnie tę jedną, ważną pracę domową, odrobiłam.