Tak wygląda moje „centrum dowodzenia” – miejsce pracy, a raczej o pracę zabiegania.
I powiedzmy sobie szczerze, w ostatnich dniach ekran mojego laptopa wyświetlał właśnie głównie bardzo podobne kadry do wyżej uchwyconego. Wciągnął mnie serial i tak naprawdę, od tygodnia zajmowałam się głównie byciem wciągniętą.

Wczoraj wreszcie zaczęłam przeglądać oferty i rozsyłać CV.

Dzisiaj pękła dyszka. W sensie – wystartowałam w dziesięć miejsc. I zadzwonił telefon.

Miejsca, w które aplikuję (lub dopiero mam zamiar to zrobić), można podzielić na 3 kategorie:

1. praca w – szeroko rozumianej – kulturze,

2. ciekawa branża, chętnie zdobyłabym tam doświadczenie,

3. byle się zahaczyć, a w sumie… a nuż mi się spodoba?..

Dzisiejszy post będzie krótki, bo, póki co, nie mam do opowiedzenia żadnej „kopciuszkowej” historii. Nie zostałam jeszcze odkryta przez krakowskie środowiska twórcze, nie zderzyłam się na razie na ulicy z babcią, która potrzebuje osoby do głośnego czytania jej Tołstoja ani z dziadkiem, któremu trzeba pomóc w porządkowaniu archiwum fotograficznego. Na razie zadzwoniono do mnie po prostu z firmy, która oscyluje gdzieś pomiędzy drugą a trzecią kategorią. Tak, mistrzostwo; samemu takie kategorie stworzyć, a potem się ich nie trzymać… cała ja…
W każdym razie, tak Bogiem a prawdą, nie mogę na razie powiedzieć nic, poza: zobaczymy. Czy pani, z którą rozmawiałam, na żywo będzie równie miła. Czy potwierdzi się jej intuicja, podpowiadająca, że warto utrzymać ze mną kontakt. Czy w ogóle jutro nastąpi telefon, mający podać godzinę piątkowego spotkania…

Tymczasem, cieszę się nieziemsko, że z czystym sumieniem mogę wrócić do serialu. Przecież nie ma co robić nadziei innym pracodawcom, prawda?

Trzymajcie kciuki w piątek!