Idą zmiany. W moim życiu, na moim blogu. Kolejne ważne, niektórych się boję, bardziej – na wszystkie – cieszę.

I właśnie przed nimi, może po to, żeby posprzątać i zrobić na coś znowu miejsce, nachodzi mnie ochota.

Byłemu mężowi wydrapać oczy.

Nakrzyczeć na rodziców.

Spalić zdjęcia faceta, z którym pierwszy raz poszłam do łóżka.

Powiedzieć różne rzeczy różnym szefom, dla których kiedyś pracowałam.

Kupić sobie szpilki.

I kiedy zaczynam o tym wszystkim trochę dłużej myśleć – przypominam sobie, że nie muszę.
I że nawet na przykład dzięki temu, że niektórym szefom nie powiedziałam kiedyś zbyt wiele, utrzymałam z nimi dobre relacje. Jedna z moich byłych przełożonych zadzwoniła do mnie, kiedy już od dawna dla niej nie pracowałam, z pytaniem, czy nie chciałabym zostać opiekunką dla jej dziecka. Wyobrażacie to sobie? Dla mnie to było wtedy bardzo miłe i ważne.
Oczywiście, cieszyło mnie także to, że nie muszę z tej propozycji skorzystać – ale to był absolutnie dalszy plan. Naprawdę fajnie było dowiedzieć się, że tak mi ufa i w takiej roli mnie sobie wyobraziła.

Nie krzyczę na nikogo, niczego nie palę, nie rozpieprzam kasy na szpilki (choć tu temat jest rozwojowy). Myślę, że przeszłość poradzi sobie beze mnie doskonale i szkoda marnować energię.

Odwiedzam rodziców, piję z babcią grzane wino, tulę psa mojego brata. Podlewam storczyki, rosną mi sterty prania, smażę pulpety z tofu. Chodzę na basen i na lekcje tańca.

I po prostu powoli wprowadzam kolejne zmiany.

Mieszkam w Krakowie już ponad rok, wyobrażacie to sobie?