Od razu uczciwie przyznam, że tytuł posta zapożyczyłam z tego wpisu. A powyższy obrazek prawdopodobnie przynajmniej niektórym z was nie pozostawia wątpliwości, o czym będę pisać.

Na serial Stranger Things natknęłam się w sierpniu, u znajomych. Odwiedziliśmy ich z Prawiemężem, spędziliśmy razem kilka dni i standardem było, że nasi gospodarze budzili się nieco później od nas, więc rankami snuliśmy się sami po parterze ich mieszkania.
I tak któregoś dnia, przeglądając absolutnie dla nas nowy wynalazek, jakim był Netflix, trafiłam na ten serial. Właściwie, tytuł coś mi mówił, kojarzyłam nawet zdjęcie chłopca w sukience (tia…), miałam wrażenie, że polecał to swego czasu na fb Karol, którego opinia na temat filmów nieraz już pokryła się z moją – albo Michał, który ma tę samą, niewątpliwą, zaletę… kliknęłam.

I wpadłam.

I nie wiem, jak można nie wpaść, choć z przerażeniem zaobserwowałam, że ten wirus najwyraźniej nie zaraził Prawiemęża. Zaznaczam to z potrzeby rzetelności, bo być może pieśni pochwalne, jakie zaraz nastąpią, sprawią, że ktoś powie też tak mam, jak ona! i założy, że przez te podobieństwa między nami, z pewnością serial polubi. A potem się zawiedzie.
Niestety – mamy z Prawiemężem sporo cech wspólnych, zainteresowań, gustów, na podobne zjawiska jesteśmy wrażliwi – a jednak na niego nie podziałało.

Jego strata, tyle powiem. Jego (niewyobrażalna! obezwładniająco gigantyczna! on naprawdę nie zdaje sobie z tego sprawy, jak przeogromna!) strata.
Ja jestem, hm… Ja już dawno się tak żadnym tworem popkultury nie zachwyciłam.

Nie będę tu pisać o twórcach, o aktorach, nie będę przytaczać ciekawostek – bo sama ich nie znam, i bo nie o to chodzi.

Chcę wam po prostu powiedzieć, jak bardzo się cieszę, że powstał ten serial i jak dobrze jest on, według mnie, zrobiony; jak doskonale realizuje to, co wydaje mi się, że miał zrealizować. Czyli właśnie tak, jak napisała Maria – uderza w potrzebę nostalgii.

Akcja filmu toczy się we wczesnych latach 80’ i, no cóż, nie ma co się łudzić, że te lata w Polsce tak właśnie, jak w serialu, wyglądały. A jednak znamy te wszystkie obrazki, a przynajmniej znam je ja. Z oglądanych w dzieciństwie amerykańskich filmów i seriali, trochę z teledysków.

Filmy i seriale – zawsze wyświetlane u nas z poślizgiem, zawsze pokazujące Stany sprzed co najmniej dekady. U nas przecież jednak tamta moda pojawiała się także z poślizgami… a nawet podejrzewam, że to te „spóźnione” seriale mocno wpływały na nasze garderoby i fryzury. I o ile kiedy MacGyver zamiatał grzywą, domyślaliśmy się, że nikt już nigdzie takich grzyw nie nosi, to kiedy Kevin wzdychał do Winnie, ja przynajmniej kojarzę, że miałam prawie identyczny golf, jak ona.
Nie zgadzały się szczegóły, to jasne. Właściwie, cała masa szczegółów i powiedziałabym, że o nie właśnie chodzi.
Zamożność, przepych w sklepach – to zauważałam, ale nie to przykuwało moją uwagę najbardziej. I założę się, że wielu spośród was również.

Zapamiętywaliśmy co innego. Wykuwaliśmy sobie w głowach jak w kamieniu perfekcyjne amerykańskie obrazki, te wszystkie drobne elementy, te wszystkie charakterystyczne i tak mocno odmienne od widocznych wszędzie wokół. Od straganów z łóżek polowych, od czapek uszanek (tak, w moim dzieciństwie i w mojej okolicy jeszcze takie nosiliśmy), od ciężkich relaksów na nogach… Uczyliśmy się tych gwiazdek, tych cudeniek, tych…

Że jeśli knajpa, to się siedzi na skórzanych siedziskach z wysokimi oparciami. Tworzą boksy, a pracownik knajpy przychodzi z dzbankiem i dolewa kawę do kubków.
Że w lodówce jest zawsze sok pomarańczowy w plastikowej butelce z uchwytem.
Że na Święta dom się ozdabia lampkami.
Że na kolację ciapa z ziemniaków, nabierana z jednej misy. A nisko nad stołem lampa, dająca ciepłe, lekko przytłumione światło.
Że nastolatka ma w pokoju swój telefon.
Że jeździ się na deskorolce – bardzo możliwe, że gdzieś w okolicy boiska, na którym starsze chłopaki grają w kosza.
Że zeszyty powinny mieć format A4, żeby móc je nosić przytulone do piersi.
Wysokie szafki w szkołach. Plisowane spódniczki cheerleaderek. W ogóle cheerleaderki. Różowa guma do żucia.

Białe domki z ogródkami.

Im więcej tego wymieniam, tym więcej mi się przypomina – bo właśnie tak to działa. Mam w głowie mnóstwo skojarzeń, nie tylko takich konkretnych, wizualnych. To są też dźwięki, nawet instrumenty czy efekty, stosowane wówczas w muzyce elektronicznej. I, hm, czcionki. Tak, zdecydowanie czcionki – co zresztą udowadnia właśnie czcionka zastosowana w czołówce serialu Stranger Things. Zobaczyłam ją po raz pierwszy i mam nadzieję, że nie piszczałam, ale obawiam się, że jednak pisknęłam. Bo miałam wrażenie, że ją znam i to wrażenie utrzymuje się przez cały czas, kiedy się serial ogląda.

Tak, wszystko tam jest schematyczne i prawdopodobnie przez to właśnie Prawiemąż tylko przez sympatię do mnie strawił kilka pierwszych odcinków (ja wchłonęłam cały pierwszy sezon w jeden dzień), a więcej nie dał rady.

Jeśli się skupiać na fabule, to nie chcąc zdradzać zbyt wiele, powiem, że trudno tam o autentyczne zaskoczenia, nie ma jakichś kosmicznych zwrotów akcji. O scenariuszu zdecydowanie nie można powiedzieć, że obfituje w suspensy, a nie bawiąc się w subtelności – dostajemy sztampę. Dostajemy historię, której przebiegu, rzecz jasna, nie jesteśmy w stanie domyślić się w szczegółach, ale mniej więcej coś podobnego możemy sami sobie dopowiadać na bieżąco. I nic nie szkodzi, a może wręcz – i bardzo dobrze.

Nie chodzi o historię, choć bardzo wielki plus dla kogoś, kto wpadł na umiejscowienie międzywymiarowej intrygi właśnie w takich czasach. To, z pewnością, wiele ułatwia, kiedy w pewnym momencie można pomyśleć – no tak, przecież oni nie mieli komórek, oni nie mieli fejsa.

No i trochę utrudnia. Bo zbudowany świat musi nadrobić czymś innym… i nadrabia. Oczywiście, że tak.

Dostajemy dokładnie te obrazki, które doskonale znamy. Te rowery i deskorolki, te kurtki, czapki z daszkiem, wysokie miękkie łóżko w dziewczęcym pokoju i plakat ze „Szczęk” w pokoju chłopaka. Muzykę! Fantastyczną muzykę, którą, ok, być może też poznawaliśmy w Polsce z poślizgiem, ale chrzanić, nie było to przecież rok ani dziesięć lat temu. Znamy ją z dzieciństwa!

Serial jest laureatem naprawdę mnóstwa nagród i z tego, co wiem, aktualnie jest nominowany do wielu kolejnych, więc za oceanem również cieszy się popularnością, choć ichniejszą potrzebę nostalgii realizuje z pewnością jednak nieco inaczej. W pewnym sensie, bardziej trafnie; dla Amerykanów, to po prostu wspomnienia. Świetnie odtworzone to, co zwyczajnie pamiętają.

Dlaczego więc Stranger Things i u nas ma aż taką moc?

Myślę, że my się tu mamy jeszcze fajniej. Bo o ile Amerykanie tęsknią, oglądając go, za młodością, to my… tęsknimy za zakochaniem.
Będąc dzieckiem, nie patrzyłam na Winnie z zazdrością. Moje dzieciństwo przecież nie było szare, miałam normalny dom, pełną i liczną rodzinę.
Jako dziecko – nie zazdrościłam.
Ja się zakochiwałam.
W serialowej Ameryce, w serialowych Amerykanach.
Kiedy oglądam Hawkins (miasteczko, w którym umiejscowiono akcję serialu), oglądam to, co podziwiałam jako dziecko. I tamten zachwyt we mnie odżywa. Bo wierzcie mi, szczęściarze, którzy dopiero macie to wszystko przed sobą – nie wyobrażałam sobie, że można tak doskonale to odtworzyć. Pokazać raz jeszcze dokładnie tak, jak w serialach z mojego dzieciństwa; oczywiście, wzbogacając możliwościami, jakie daje dzisiaj amerykańska produkcja filmowa, ale perfekcyjnie, z dbałością o każdy detal. Każdy schemat został powtórzony, każda postać uderza w tony, jakie doskonale znam.

Mam wrażenie, że z każdym odcinkiem wkręcałam się wręcz coraz bardziej w to wspominanie. W pewnym momencie byłam już na to tak podatna, że kiedy jeden z bohaterów wspomniał o programowaniu w Basicu, usłyszałam siebie, mówiącą głośno – Och, Basic!..

Jeśli jednak uważacie, że kalka to trochę za mało i jeśli banalność fabuły was zniechęca (choć pod tym względem sezon drugi zdecydowanie wypada już lepiej, więc bardzo liczę na to, że w trzecim autorzy scenariusza wskoczą na kolejny poziom) – jest coś jeszcze, czym być może was do sięgnięcia po serial jednak skuszę.

Uświadomiłam to sobie w finale drugiej serii, ale bez obaw, nie zdradzę niczego. Nagle po prostu wróciły do mnie, nieoczekiwanie i z wielką, przyjemną (choć i nieco smutną) mocą… moje dawne marzenia. I zrozumiałam, a raczej przypomniałam sobie, że na całym świecie lub przynajmniej na całym tak zwanym świecie zachodnim, dzieciaki miały (i przypuszczam, że mają i dzisiaj) te marzenia całkiem podobne. I wiecie, choć to jest dość oczywista prawda, to było czymś wzruszającym i fajnym móc znowu przez chwilę takim rozmarzonym dzieckiem się stać. Bo ja się nim stałam, przysięgam.

Ja nie wiem, jak to możliwe, że aż tak dobrze przypomniałam sobie, jak tego szukałam. Jak o tym wszystkim marzyłam.
O paczce przyjaciół. O przygodach. O miłości… o pierwszym pocałunku… o robieniu wielkich balonów z różowej gumy do żucia… i żeby móc tak trzymać te duże zeszyty… i żeby w mojej szkole była taka wysoka szafka, i żeby kiedyś w niej czekał na mnie liścik… i żeby jeszcze raz…

Może do niezrealizowanych marzeń tęskni się najbardziej. Do tamtych szans. Może zwyczajnie do dzieciństwa, nawet jeśli ogląda się wersje, które nie wyglądałyby u mnie tak samo.

Ale przecież też były szkolne dyskoteki. I ten wysoki, z ósmej ce…