Poranek jak marzenie, więc trzeba wyjść z łóżka, i nawet nie ma łez, jest sucho i nieznośnie, zwyczajnie nieznośnie – że trzeba, że  nawet się trochę chce, wiedząc, przeczuwając zarazem, że znowu będzie nie za dobrze, co najmniej. Budzik przestawiany o parę minut, a potem wstaję, czekał na mnie ze śniadaniem, jest kochany, przytula, drażni mnie przytulanie, czuję wdzięczność, że czekał i żal do siebie, bo wiem, że jej nie okazuję.
Zasłużył na kogoś lepszego, wiem, że  nie wolno mi tak myśleć, więc nie myślę. Wpycham w siebie jedzenie bez apetytu, apetyt przyjdzie znowu nocą, nocą trzeba cukru, dużo cukru, czekolady, waga idzie w górę, nie lubię swojego ciała.

Dziwna pora na pisanie, ale muszę coś robić, zabraniam sobie sobie zabraniać, piszę, bo nie chcę już kolejnych godzin z telefonem, może z książką, ze strumieniem myśli o jakimś kompletnie zabójczym pędzie.
Mówi, że z boku nie wygląda to tak źle, że przecież nadal gotuję obiady, sprzątam, rozmawiam, oglądamy filmy, nie umiem powiedzieć, ile mnie to kosztuje, nie znam zresztą przecież ceny, przecież nie płacę żadnej. Każda taka aktywność jest dobra, nie boli mnie, wystarczy się jej podjąć, boli i dziwi to, że nie chcę. Ciągle tego nie rozumiem, próbuję się temu przyglądać, myśli, nie da się wyłączyć myśli.

Ile warstw mogą mieć paznokcie? Czy to też o Czymś świadczy? Maluję je znowu tą samą odżywką, nie idę do kosmetyczki, nie idę do dermatologa, nie idę do apteki, bo ktoś mógłby pomóc.
Poranek jak marzenie, zachęca mnie: idź pobiegać, wie, że kiedyś lubiłam i dobrze robi, zachęcając, zaczynam się jąkać, tłumacząc, dlaczego lepiej nie, nie powiem przecież, że to przez to, że poczułabym się lepiej. To zupełnie absurdalne, nie chcę czuć się źle.

Tak naprawdę, staram się i ciągle coś robię, byłam przed paroma dniami na rozmowie o pracę, zapewniłam panie, że nie obudziłam się któregoś dnia z marzeniem o pracy dla nich, dziękowały mi za szczerość i to mnie upewniło, że zrobiłam coś nie tak, trochę przepraszałam, trochę żartowałam, było przesympatycznie, pewnie nie dostanę tej roboty. I, oczywiście oczywiście, nie umiem sobie powiedzieć, czy to źle, bo nie umiem sobie powiedzieć, czy jej chciałam. Bo możliwe, że tak, ale Prawie Mąż mówił, że zasługuję na coś lepszego, a skoro zasługuję, to chyba powinnam jednak tego czegoś lepszego wymagać i szukać. A możliwe, że sama nie chcę sobie powiedzieć, że rzeczywiście coś fajniejszego mogłabym spokojnie znaleźć. Powiedzieć sobie coś miłego, bez sensu, żałosne.
Robię coś, prawie codziennie przygotowuję sobie listy z punktami do zrobienia. „Do zrobienia” jest śniadanie i kawa. „Do zrobienia” jest uruchomienie zmywarki. M. radzi – zanuć sobie fanfary, kiedy cokolwiek zrobisz, jak można; fanfary za wypicie kawy? Ale nucę, ale głośniejszy jest wstyd, ale ludzie mają prawdziwe problemy. Czasem sobie myślę – ok, może to jednak choroba, nie byłam taka… czy nie byłam, oznacza, że rzeczywiście nie jestem? Kto jest mną naprawdę? Co z tamtą mną? Ktoś ją przejął? Jest we mnie, ale skoro nie dochodzi do głosu, może nie była dostatecznie realna? Za dużo myślę, tabletki miały dystansować, dlaczego nie dystansują bardziej, jak to zrobić, żeby znaleźć dystans do samej siebie, leitmotiv mojego życia.

Nadwrażliwość, nadaktywna produkcja łez, czasem mam wrażenie, że już po prostu wszystko może je wywołać, a czasem wcale nie płyną i to nie jest uczucie pustki, to jest uczucie totalnego przepełnienia, do którego właśnie próbuje się coś dodać, a ja już nie przełknę. Choć czasem mam wrażenie, jakby właśnie to nowe było moje i właśnie to chciałabym w sobie zmieścić, ale za dużo upchałam niemnie i już nie wchodzi.

Mamy w Hucie Beksińskiego, wreszcie poszliśmy, podobno ogląda się pół godziny, byłam tam sporo dłużej. Patrzyłam i to było jakby ktoś namalował wreszcie to, co widzę. I nie chodzi o to, że w świecie dostrzegam tylko skórę, ścięgna, dziury i pajęczyny. Nie czuję, jakby zawsze wiał wiatr i było raczej pusto (lub właśnie zbyt gęsto). Jest czerwony dach bloku naprzeciwko, tego od rekordu Birkuta. Nad nim nieprzyzwoicie niebieskie niebo. Są kasztany, uśmiech uparcie zabujanego we mnie faceta, który kupił nam we wtorek idealne stoliki do salonu, tylko dlatego, że zapewniłam go, że są idealne. Widzę to i to jest prawdziwe, i te uczucia, wzruszenia, są naprawdę. A Beksiński po prostu namalował to wszystko, co jest pod spodem. Tę głębszą tkankę, równie prawdziwą, na którą przez większość życia większość z nas jest cudownie zdrowo ślepa, w której istnienie nawet przez, na całe szczęście, spotykające nas czasem szczęście, zdarza się, zdarzyło mi się zwątpić. Natykałam się co rusz na jego obrazy, nigdy nie poświęcałam im jednak zbyt wiele uwagi, prawdopodobnie nie chcąc dotykać właśnie tych strun w sobie. Teraz trafiły na idealny czas i nie mogę powiedzieć, że pogłębiły mój smutek, paradoksalnie, wywołały poczucie ulgi – jednak ktoś też o tym wiedział, widział to, a nawet to narysował, że pod tym wszystkim, pod jesienią, pod jasnym wspomnieniem z dzieciństwa, pod wzruszeniem są kości, pęknięcia i proch, i ten wiatr. Coś prawdziwego, wreszcie, takiego, że ja to rozumiem, więc prawdopodobnie ktoś jeszcze, to nie zachwyt, tylko ulga i jednak kupa strachu.
Potem obejrzeliśmy Ostatnią rodzinę i musiałam jeszcze urealnić sobie Tomka Beksińskiego, więc dokument o jego samobójstwie (naprawdę, teraz tak myślę, to chyba jednak dość dziwne, dokument o samobójstwie, ale może jeszcze wtedy to znaczyło coś więcej, samobójstwo zasługiwało na dokument, może to było właśnie bardziej ludzkie, kamera, rozmowy, wiecie, to wymaga wiele zachodu, trzeba ustawić światło, sprawdzać dźwięk, montaż, zrobienie filmu to może właśnie nie jest dziwne zaangażowanie, tylko jakieś ze środka), przy którym znowu to wrażenie rozumienia. Prawie Mąż boi się o mnie, powiedział, dobrze zresztą powiedział, że no cóż, chłopak zatrzymał się na poziomie wrażliwości nastolatka, tak, to prawda, która w pewnym sensie niczego nie zmienia.

M. mówi, że my wszyscy, trochę chorujący, zatrzymaliśmy się na jakimś etapie i nie możemy dorosnąć. Wspominam to dzieciństwo, które było przecież udane na tyle, na ile potrafili się o to postarać wtedy moi rodzice, a starali się ze wszystkich sił i nic nie mogą poradzić na to, co było pod spodem. Myślę o zapachu mojego taty, kawa i papierosy, wysiedziany fotel i nie przeszkadzaj tacie, i moja siostra, która nie zwracała na to uwagi, przybiegała, wdrapywała się mu na kolana, grzebieniem szarpała jego wąsy, stałam w drzwiach, grzeczna i spokojna, i wiedząca, że to ona swoją niespokojnością jest niegrzeczna, nie spotykała jej za to żadna kara i byłam zbyt grzeczna i spokojna, żeby to w ogóle zobaczyć, zero żalu, zero zazdrości, po prostu taki jest podział ról, ja nie mogę, a ona może, proste, więc czy ja w moim rozwoju emocjonalnym zatrzymałam się na etapie tamtej, plus minus, ośmiolatki? #ajażemjejpowiedziała w twoim wieku nie wolno wszystkiego zwalać na dzieciństwo, właśnie tak, znowu, że jestem żałosna, i że w sumie jak to możliwe, skoro wszyscy Dorośli mówili mi zawsze, że jestem zbyt dojrzała, jak na swój wiek. Może więc nigdy nie miałam ośmiu lat, tylko wiecie, ja, oczywiście oczywiście, nie chcę mieć teraz ośmiu lat.

Wronka pisze niby o czymś zupełnie innym, ale przypomina mi, przypomina, skubana. I to nie jest na temat tej warstwy, którą namalował dla mnie i dla takich, jak ja, Beksiński, ale to jest na temat zasad, które mi wpajano, nie chcę mieć ośmiu lat. I ponieważ nie mam, to nie wiem, czy chcę o tym wszystkim nadal wiedzieć, i o tym, że z tym ciągle jeszcze nic nie zrobiłam, bo nagle się okazuje, że jak jestem taka pełna, i jak to się już nie mieści, to jednak znowu płacz.

Nie zawsze jest źle i nawet nie mogę powiedzieć, że teraz tak jest. Trzeba wynieść śmieci, rozwiesić pranie (chyba udało mi się nad tym trochę zapanować i robię pranie dopiero wtedy, kiedy kosz jest pełny, chyba), najważniejsze: trzeba odebrać leki, więc  wsiąść na rower. Cudowna konieczność wyjścia z domu, wykonania ruchu. Trzymanie się nitek pewności, że jest całkiem w porządku ze mną, bo nadal chcę i nadal nie wyobrażam sobie nieodebrania tych leków, niewyrzucenia śmieci.

Fanfary, bo napisałam ten tekst, zagłuszane, wiadomo, a ty, co to przeczytałaś, przeczytałeś, proszę, pamiętaj, że to nigdy nie jest cała prawda.