Zobaczyłam dziś wyniki pewnego naboru. W instytucji, na pracy w której mi bardzo zależało.
Ktoś był lepszy – zdarza się i zdarzy jeszcze wiele razy.

A jednak podziałało to na mnie jakoś wyjątkowo mocno, znacznie mocniej, niż powinno. Sprawiło, że wstrzyknęłam sobie dawkę trucizny.
Na szczęście, przekonałam się też, że nie jestem już taka jak dawniej. Już nie zapominam, że także ja sama dla siebie jestem antidotum.

Składałam tam dokumenty przed paroma miesiącami. Na temat mojego CV wyrażono się wtedy nadzwyczaj pochlebnie. Powiedziano mi też, że to stanowisko jest zdecydowanie poniżej moich kompetencji. Kazano być bardziej ambitną. Poproszono o zabieganie o znacznie ciekawszy etat.
Zrobiłam to, przesłałam ten sam, a nawet nieco wzbogacony, papierek.  I od niemal dwóch miesięcy czekałam na jakikolwiek telefon.

Pewnie, nikt nie kazał mi się zwalniać, ale właśnie to, co usłyszałam tam na swój temat, mocno mnie uskrzydliło. To właśnie dzięki tamtej rekrutacji znów uwierzyłam, że rzeczywiście mogę wrócić do pracy w kulturze. Że mogę mieć fajne zajęcie i za trochę więcej, niż półtora tysiaka.

Tak, to właśnie dzięki tamtym rozmowom jestem dziś bezrobotna, z czego zresztą, muszę przyznać, bardzo się cieszę. I naprawdę brałam pod uwagę, że to się może nie udać, że może nie być aż tak prosto.

A jednak dzisiaj ryp. Wyniki na stronie. Nie zaproszono mnie nawet na rozmowę, więc jak nie myśleć, że tak naprawdę moje kompetencje są marne? Że moje doświadczenie nic nie znaczy? Moje wykształcenie, umiejętności – są w Krakowie niewiele warte?

Rozumiecie? Od razu włączyło mi się coś takiego. Plus pełna gama określeń samej siebie. Nieudacznik, sierota, złamas, cienias i tak dalej, z chwili na chwilę coraz bardziej kwieciście.

– Rozumiem, że ci przykro, ale to powinien być tylko impuls do zdwojenia starań.

Zdwojenia? Kiedy właśnie na trzy-cztery przestałam w jakichkolwiek działaniach widzieć jakikolwiek sens?!

Zobaczyłam dziś, że to na opinii tamtych osób zbudowałam znaczną część przekonania o moich szansach na szeroko rozumiane powodzenie.

I to był błąd, gigantyczny i dość, szczerze mówiąc, zawstydzający. Nie powinnam była do tego doprowadzić i pozwolić, że dziś poczuję się tak kiepsko, że tak źle o sobie pomyślę.

Mam o to do siebie żal.

Naprawdę, nie zrozumcie mnie źle, nie mam jakichś dziwacznych szczeniackich pretensji wobec świata o to, że ktoś był lepszym kandydatem ode mnie.  Wiedziałam, że może się nie udać.
A jednak kompletnie się do tego nie przygotowałam. I jakbym pierwszy raz brała udział w takim naborze; w cudze ręce, głowy, komputery, złożyłam osąd o mojej wartości.

Nie rozumiem, dlaczego czasem tak łatwo jeszcze uruchamiam w sobie jakieś dawne odruchy.
Może to jakieś echa przekazów z dzieciństwa, naprawdę nie mam pojęcia. To, że następuje natychmiastowa blokada mentalna. I przed oczami jeden kierunek: katowanie się. Powtarzanie sobie, jak totalnie nie mam szans, nie mam szans, nie mam szans…

… bez obaw. Tym razem to trwało pół godziny, nie dłużej. Nie pozwolę już sobie od samej siebie się odwrócić.

Wiecie, jak łatwo można siebie przekonać, że naprawdę więcej korzyści będzie ze stania po swojej stronie?
Wiecie, że niczyje słowa nie trafią do was tak mocno, jak powiedziane samemu sobie „przestań pieprzyć”?

Ja, w każdym razie, przestałam.
Spakowałam matę i pognałam na jogę.