Jestem sobie w sobie, już chyba nie aż tak tak, że za mocno, ale mocno. Bycie w sobie absorbuje mnie wystarczająco, żeby trochę zablokować na pisanie, bo wydaje mi się przez nikogo nie być pożądanym czytanie godzinami o jakichś wewnętrznych autoanalitycznych rozkminach.

W związku z powyższym, dokonałam odważnej oceny własnych umiejętności w zakresie formułowania myśli mogących zainteresować kogokolwiek i odniosłam wrażenie, że umiem jeszcze to robić, o ile zatrzymam się w okolicach jednego akapitu. A medium dość właściwym dla takiej zwięzłości wydaje mi się być Instagram, zwłaszcza, że pozwala też (przede wszystkim, wiem) na wyżycie się w dziedzinie fotografii amatorskiej, którą bezczelnie wpisuję w kategorię „zainteresowania” w moim bezpłodnym CV. I skoro dwa plus dwa jest cztery, a przecież jest, to próbuję właśnie przez to wszystko powiedzieć, że zapraszam do obserwowania mojego profilu na wyżej wspomnianym.

Znajdziecie mnie tutaj:

klik

Jak widać, dopiero – wolniuteńko – się rozkręcam, ale aktualnie rzeczywiście taka forma autoekspresji odpowiada mi najbardziej, więc zapewniam, że tam jestem sobą i się nawet rozgaduję, i dodatkowo wcale aż tak bardzo nie jestem smutna, więc (tak, wiem, ja powinnam pracować w reklamie i się w tym naszym M3 łamane przez M4 marnuję) – zapraszam. Będzie mi bardzo miło, jeśli będziecie do mnie wpadać.