W mojej pracy mam, powiedzmy, nie jakoś super reprezentacyjne i odpowiedzialne stanowisko. Nawet czasem mi się zdarzy poczuć nie za dobrze z takim byciem przynieśpodajem. Czasem jednak cieszę się, że dzięki temu dotykam każdego z projektów, które realizujemy (Boże, jak ja uwielbiam to sformułowanie – „realizować projekty” – to może być takie cudowne wszystko! i to zresztą zwykle właśnie wszystkim jest).

Czasem widzę, że mnie nie widzą, czasem jestem im do czegośtam potrzebna. Lubię ich generalnie. Ja czasem nie potrafię przestać myśleć o braku etaciku, ale wiecie, jak to jest – o różnych rzeczach się czasem myśli non stop. Raz to będzie brak umowy, innym razem seks, potrzeba kupienia nowych botków, co zrobić na obiad. No różnie.

Lubię, kiedy od rana Najlepszy Szef mnie zarypuje pracą, nie lubię, kiedy zakłada, że skoro on tego nie zrobił, to siedzę pod biurkiem i piłuję paznokcie.

I ilekroć sprawdzam w endomondo swój czas dojazdu na rowerze do pracy i widzę, że prawie codziennie jest lepszy, to też sobie myślę, że nie bardzo wypada mi na cokolwiek narzekać, a pompowania kół też się jeszcze nauczę.

Różnie bywa i niewykluczone, że któregoś dnia zwyczajnie tu nie przyjdę, bo Mężczyzna znajdzie robotę w Reykjaviku albo ja nie będę się chciała dłużej bawić w udawanie, że jestem tam, gdzie dbają raczej o to, żeby mnie nie było – nieistotne. Na razie tu przychodzę i jest w porządku, w tym miesiącu to nawet jakieś natężenie szczęśliwych splotów, bo choć jadąc ostatnio do mechanika spodziewałam się kolejnej operacji wypłukiwania mnie ze wszystkiego, której finałem miała być sprzedaż nerki, żeby starczyło na chleb, to ostatecznie mechanik wetknął gdzieś kawałek drucika, stwierdził, że zrobiłam to specjalnie po to, żeby móc go odwiedzić (145 kilometrów to nawet dla tych jego przebłękitnych oczu bym nie trzaskała) i naprawdę pięć minut później powiedział „jedź”, więc żeby jakoś wyjść z twarzą, poprosiłam, żeby mi przykręcił to coś, co mi stale odpada z przodu pod maską, przykręcił i znowu powtórzył „jedź”, więc już nie przedłużałam, pojechałam, nie zapłaciłam grosza i dzięki temu dzisiaj nawet mogę sobie pomidory kupić – jest w porządku, jak mówię.

W pracy najfajniej jest, kiedy ogarniam akurat sto sześćdziesiąt cztery rzeczy naraz i jeszcze ktoś przyjdzie po prośbie. No, wiecie, ego trochę wzrasta i w ogóle miło, bo wtedy widzą mnie na pewno. I po prostu jara mnie, kiedy muszę znaleźć w internecie coś nieznajdywalnego. Zwłaszcza odkąd okazało się, że faktycznie to znajduję.

Piotrek mnie dzisiaj poprosił o kupienie mu sklejki, pomyślałam, że zadzwonię do zaprzyjaźnionej firmy. Odebrał pan Szatan, co mnie jakoś wybitnie rozbawiło, no ale postarałam się zachować powagę, mówię mu, że czy ma sklejkę 20 mm i 18 mm i 8 mm, a on mi odpowiada: – Muszę przełączyć do pana Judasza.