Taki bywa Kraków, taki jest mi pokazywany i takim go widzę. Żadne tam Planty, Rynki, kawy w szpan-hipster-skich knajpach, choć to oczywiście też, ale tylko czasem.
Dla mnie to miasto to długi spacer i pączek cynamonowy z cukierni. I odkrycie kolejnej, zaraz obok, jeszcze fajniejszej. Jedzenie po drodze, mimo marznących dłoni, gofra z bitą śmietaną. To kawa w domu, jeszcze nie tym moim, ale ciepłym, znajomym, przytulnym, gościnnym. To cieszenie się z każdej podróży tramwajem.

Powolutku, drobnymi kroczkami i łyczkami, oswajam sobie to miasto. Wchłaniam je w siebie i pozwalam jemu mnie wchłaniać.

Przed miesiącem, w pierwszym wpisie tutaj, pisałam, w jakim jestem miejscu. Pora się do tego odnieść, podsumować aktualny stan rzeczy.

1. Mam już wymienione dokumenty – dowód, prawo jazdy – a bank wkrótce przyśle mi nową kartę. Będę musiała jeszcze kiedyś zająć się wymianą dyskietki z NFZ (dla osób spoza Śląska: chodzi o to, a wygląda to tak), ale to drobiazg.
Czuję już i wiem, że wróciłam do nazwiska sprzed małżeństwa, czuję i wiem, że to rzeczywiście mój nowy początek, mnie nowy początek. I jeszcze jeden, i jeszcze raz.
Czasem chciałabym móc nie przeżyć tego wszystkiego, przez co mam tyle siwych włosów i więcej zmarszczek. Czasem – bardzo. Wyobrażam sobie cofnięty czas i to, że przy oświadczynach odpowiadam nie, potem jadę tu, do Krakowa, znajduję Mężczyznę i mówię mu, że musimy być razem, że powinniśmy być już teraz, oszczędzić sobie tego wszystkiego…
… ale to tylko czasem. Mam wiele cudownych wspomnień i On też je ma, i wiem, że bez tych lat nie byłoby nas teraz, nie byłoby mnie tutaj.
A ja tu jestem. Znów nazywam się tak, jak lubiłam się nazywać (żeby była jasność: nazwisko męża również mi się podobało). Czasem chciałabym cofnąć czas, ale częściej – doceniam swoją przeszłość i cieszę się z szansy rozpoczynania od nowa. Nie wszyscy ją mają. Nie wszyscy z niej korzystają. Ja tak.

2. Mieszkam w Krakowie. Pokątnie i pobieżnie, nie u siebie, ale siebie tu szukając – i znajdując. Wiecie; moje lampki, moje kosmetyki w łazience, ulubiona przyprawa w kuchni, pod ręką. Jak tylko podpiszę umowę w pracy, zacznę poważnie szukać własnego mieszkania. Na razie przeglądam oferty, czasem wysyłam w tej sprawie maile, wiem już, że spokojnie znajdę coś w kwocie, jaką założyłam, chciałabym jednak, żeby to było miejsce, w którym poczuję się dobrze. Być może będę odrobinę wybredna, ale bez przesady, nie chcę sprawdzać cierpliwości Mężczyzny i swojej.
Najważniejsze jednak to to, że już naprawdę jestem w tym mieście, w którym planowałam być.

3. Mam pracę. Na razie nie chcę pisać o niej zbyt wiele, bo jak wspomniałam – czekam na umowę, rozmowy na ten temat przewiduję na jutro. Wiem na pewno, że umowę dostanę, to uczciwa firma. I taka, w której chciałabym móc zostać na dłużej, w której wiem, że mogę się bardzo rozwinąć, zdobyć świetne doświadczenie.
Co wieczór walczę z moimi lękami. W ciągu pierwszych trzech dni niczego nie zawaliłam, więc powtarzam sobie, że mogę naprawdę nadal niczego nie zawalić, a jednak boję się, że szybko stracą do mnie cierpliwość… już drugiego dnia jednak odważyłam się podzielić moimi obawami z przełożonym. My wiemy, że jesteś zielona i dopiero musimy cię wyszkolić. To, czego od ciebie wymagamy, jest związane z twoim charakterem i zaangażowaniem.
Prawda, że fajnie?
Czuję więc, że co wieczór te lęki są mniejsze. No i nieustannie mieszają się z ogromną radością, że jutro znów tam będę, dostanę kolejne dziwaczne zadania do zrealizowania, znowu telefony, bieganie, przekleństwa, za które na razie jestem przepraszana (urocze).
To firma, w której trudno o piszący długopis, za to w kubku pełnym ołówków znaleźć można cztery klucze inbusowe. Jeśli potrzebujesz wbić gwóźdź, żaden facet nie znajdzie czasu, ale wbije ci go szefowa. A szef polecenia wydaje, ilustrując je rysunkami. Za które zresztą dostanie ochrzan od innego pracownika – Zwariowałeś!? Co ona ma z tego wiedzieć!? Ja z tobą pracuję dwa lata i nie wiem, o co ci chodzi, a ty jej takie rzeczy rysujesz? Chcesz  ją przestraszyć!?

4. Jeszcze nie mam odwagi do jeżdżenia samochodem po mieście, jeszcze się bardzo denerwuję na samą myśl o tym. W tej kwestii naprawdę ciężka praca przede mną, mozolna, ale zaczynam się przełamywać. Na początek – nocne zakupy. Nie w centrum, prosta trasa, uczę się przejeżdżać poprawnie przez wielopasmowe ronda, próbuję nie denerwować, kiedy źle zjadę, muszę krążyć, zawracać, szukać drogi.

5. BM napisał dziś do mnie, że chciałby sprzedać swoją część naszej ziemi. On ma pół działki, drugie pół należy do mnie. Jeszcze nie do końca wiem, jak ugryźć ten temat.

I na dziś tu się zatrzymam.

Tak to aktualnie wygląda, to moje zaczynanie od początku. Wiem, że nie ogoliłam sobie głowy, nie walnęłam tatuażu na pół pleców i nie zamieszkałam na Bali, ale to nie mój styl, takie rzeczy nigdy mnie nie pociągały (choć bardzo podziwiam znajomych, którzy są na tyle szaleni, by próbować takiego życia).
Moja głęboka woda zaczęła się od słów odchodzę, z tobą nie mógłbym być szczęśliwy. Prowadziła przez podróż do Islandii, rozwód, rzucenie pracy, gdzieś po drodze trafiło się i zakochanie. Doprowadziła do szukania mieszkania w Krakowie i bycia nowym pracownikiem w firmie, o pracy w której kiedyś nie miałabym odwagi marzyć.

Wkurza mnie to, że czasem sama jeszcze sobie zabraniam myśleć, że już wiele zrobiłam, z drugiej strony, w ciągłym stawianiu sobie wymagań, nie ma chyba nic złego. Powoli dopracowuję sobie złoty środek.

Moja głęboka woda – naprawdę na nią skoczyłam.
Skoczcie ze mną, polecam.