Mężczyzna nakarmił mnie obiadem, smacznym. Nie jestem już głodna, czuję jego ciepło i wsparcie.

Postanawiam więc nie zaczynać znowu płakać.

Są takie sukcesy, które utożsamiam z porażkami, bo dowodem pewnego rodzaju przegranej jest sama konieczność ich odnoszenia.
Nie byłoby ich, gdybym nie musiała walczyć, z zaciśniętymi zębami i pięściami. Ja nie jestem kobieta walcząca, ja jestem kobieta rozmów i argumentacji.

Bardzo lubię swoją pracę i mocno jest dla mnie wciągająca, a tę notkę, choć poza biurem, stukam na służbowym laptopie.
Pisałam już o tym, że kwestia umowy nie jest, powiedzmy, w pełni satysfakcjonującą, ale skoro postanowiłam na razie to akceptować, to to akceptuję.
Okazało się jednak, że muszę być twarda, nie zwracać uwagi na to, że ktoś mi robi koło pióra i pod górę, i dodaje zadań, nie tylko nie pomagając, ale wręcz szkodząc. Nie rozumiem tej sytuacji, bo naprawdę nic nie mam na sumieniu, co miałoby z tymi osobami jakikolwiek związek, ale nie zamierzam się żalić. W pracy pozwalam sobie czasem po prostu się paru osobom pozwierzać, co pomaga, zwłaszcza, że są miłe i stają po mojej stronie. Pomaga też dobroć Mężczyzny.

No i wiecie – radzę sobie.

Z organizowaniem czegoś na ostatnią chwilę, z milionem nagłych telefonów, z szybkim edukowaniem się, by unikać poczucia rozmawiania na tematy, na których się nie znam; z wycenami produktów, których na oczy nie widziałam, z intrygami, jawnymi kłamstwami, złośliwością.

Radzę sobie, a Najlepszy Szef, nazywający mnie Najlepszą Asystentką, czuwa, pomaga, poprawia humor, chwali i dziękuje.

Radzę sobie, robię to, co nagle na mnie spada, robię na czas, choć pierwszy raz w życiu.

Tylko za cholerę nie umiem zrozumieć, czemu tak w ogóle musi być.

W minionym tygodniu ogarnęłam tyle nagłych wyzwań w pracy, że najprawdopodobniej powinnam dzisiaj uważać, żeby drzwiami autobusu nie przytrzasnąć sobie gronostajów, no i co by nie dostać skoliozy od berła.
Nie czuję tak tego. Kompletnie nie.

Tak, nadal wiem, że mam fajne mieszkanie, mój związek pięknie się rozwija, znalazłam interesującą pracę w mieście, w którym chciałam ją znaleźć – nie zapominam o tym. Że jestem zdrowa, że nie choruje też poważnie nikt z moich bliskich.
Nie ma szans na to, żebym pomyślała o sobie, że jestem jakoś definitywnie przegrana.

Walczę jednak z poczuciem, że to idzie w cholernie złym kierunku, że mimo wszystko robię coś bardzo źle.

Że skoro się zmagam, męczę, to jest po prostu zupełnie nie tak, jak powinno być. I naprawdę nie chodzi o to, że oczekuję od życia samych prostych dróg, rzadko takie widywałam i wiem, że najcenniejsze właśnie jest doświadczenie w przedzieraniu się przez krzaczory. Chodzi raczej o tę moją popieprzoną pewność, czasem tylko dochodzącą do głosu, ale jednak jej się to zdarza – że jeśli nie na wszystko, to prawie na wszystko w swoim życiu mam wpływ. A skoro tak, to kiedy jest mi w jakimś momencie / relacji / układzie źle – sama jestem sobie winna.

Cóż więc z tego, że pokonuję przeszkody, które się pojawiły?
Rzecz w tym, że z pewnością kto inny dałby radę ich uniknąć.

Minione dni to nie uśmiechanie się do siebie przed snem, w poczuciu, że odkrywam w sobie nowe pokłady siły, nowe umiejętności, upór, zawziętość i skuteczność.
To wracanie z pracy nieprzytomną ze zmęczenia. Z trudem dożywanie dziesiątej wieczorem, a potem bardziej wpadanie w ciemną otchłań, niż zasypianie. To potencjalne stany przedzawałowe, trzęsące się ręce, jakieś dziwaczne lęki, no i złość, gigantyczna złość na samą siebie, że przejmuję się wszystkim aż tak.

Mężczyzna prosi, żebym dała sobie czas; przypomina, że to nadal początek, że się urządzam. Wiem. Ma rację. Boję się jednak, tak bardzo boję się przegranej, że chyba aktualnie to już każdą wygraną potrafię przegraną nazwać.

Wybaczcie, że dzisiejszym wpisem nie przynoszę nikomu inspiracji, nie budzę uśmiechu, nie dodaję wiary i sił.
Próbowanie nowego życia okazuje się przynosić takie możliwości doświadczania samej siebie, jakich naprawdę nie przeczuwałam – jak i zresztą moich reakcji na te próby.
Nie podoba mi się to, jak się czułam w ostatnich dniach, ale przyznanie się do tego, nazwanie – tutaj, publicznie – pomaga mi pamiętać, że to po prostu jest czymś, co muszę w sobie pokonać.

I pokonam. I napiszę wam o tym – że wreszcie najzwyczajniej bywam z siebie dumna.
Zobaczycie. Zobaczę.