Klęczę na podłodze i trzeci wieczór z rzędu próbuję ułożyć ramki tak, jak mają potem wisieć na ścianie. Obszar, w którym mam się zmieścić, wyznaczyłam białym sznurkiem. Patrzę na ten sznurek i przypomina mi się moja ostatnia rozmowa o pracę.

Byłam już tak blisko!

Pani M., ustalając ze mną termin, w którym mogłabym zacząć, podkreślała, że będzie jeszcze potrzebny czas na załatwienie formalności. Formalności! Chyba wiecie, jak to brzmi? To brzmi jak właściwie, już zdecydowałyśmy i już panią wybrałyśmy, czekają formularze, druczki, biurko, fotel i podkładka pod myszkę.
To znaczy – tak to brzmiało dla mnie, pani M. natomiast w rzeczywistości po prostu profesjonalnie podchodziła do sprawy, chcąc zebrać ode mnie informacje zwrotne we wszystkich ważnych dla niej kwestiach.

Byłam więc, w moim mniemaniu, blisko, bo i moje CV przeszło, i pierwsza rozmowa przebiegła dobrze, skoro właśnie kończyłam drugą, a pani dyrektor była taka otwarta, taka zainteresowana, a i interesująca zarazem.

Jak to mówią – jeż był w ogródku…

Przynajmniej szybko przyszła odpowiedź. Akurat mnie rozkładało jakieś obrzydlistwo grypopodobne, o działaniach krótkotrwałych, za to zakrojonych na szeroką skalę, kiedy przyszedł mail.
Podsumowując: sraczka, mdłości, kręgosłup wychodził z siebie, ja nie wychodziłam z kolei nigdzie, tylko co najwyżej się dosnuć próbowałam… wiadomo, gdzie; a do tego ta wiadomość. Że nadal bezrobotna. No i że niestety.

Tak, tu następuje wzdychanie – moje i wasze, moi empatyczni czytelnicy.

Sznurek ma z tym natomiast taki związek, że mnie przy tych ramkach oświeciło. Że może ja nie powinnam była mówić akurat ubiegając się o pracę w instytucji kultury i to akurat przy organizacji imprez, poniekąd, że odchodzę od eventów, bo nie chcę ganiać za sznurkiem po polu. Poniekąd.

Być może też niekoniecznie w ramach beztroskiego szczebiotania o tym, czego jeszcze nie chcę albo nie umiem, powinnam była rzucać, ubiegając się o pracę w dziale promocji, że w gruncie rzeczy, to ja nie mam zielonego pojęcia, co to są te całe seo i sem.
Być może.
Nie jest to, w każdym razie, tak zupełnie wykluczone.

Szkopuł w tym, że mnie na tych rozmowach jakoś kompletnie ponosi. Że ja nie przychodzę na nie z jakimś planem, na kogo się będę kreować tym razem – tylko mi się chyba wydaje, że ja sobie przychodzę pogadać.

I nie to, żebym miała z tego wszystkiego jakiś konkretny wniosek, ale właśnie o tym, między innymi, myślałam w ostatnich dniach.

Bo nawet najtrudniejsze słowa, najgłębszy szloch, poczucie osamotnienia, bezsensu, strach o przyszłość związku – nie zabijają. (Choćby i się czasem chciało do tego stwierdzenia dopisać „niestety”.) I nie absorbują stuprocentowo, a przynajmniej nie mnie.

Nawiązuję do mojego poprzedniego wpisu, owszem.

Kiedy dzieje się coś złego, takiego, jak ostatni kryzys w moim związku, który sprowokował mnie do wypłakania się nawet na blogu, ja nie kładę się na kanapie, gapiąc w sufit. Teoretycznie, właśnie to może się wydawać niezłym pomysłem, bo szansą na solidne przemyślenie sprawy – ale ja dokładnie tego nie chcę sobie robić. Nie chcę samotnie analizować, z takim stuprocentowym i wyłącznym zaangażowaniem. A w efekcie, jak wynika z moich doświadczeń, pisać w głowie coraz bardziej dramatycznych scenariuszy i dochodzić do coraz mniej konstruktywnych wniosków. To się nie sprawdza. To nie przynosi nic dobrego.

Oczywiście, że nie ma szans, żebym uciekła od tego wszystkiego, co czuję, co się dzieje. Nie da się nie przeżywać ciszy i chłodu. Nie płakać. Zarazem, dużo jednak zdrowsze dla mnie jest… normalne życie. Albo przynajmniej próba normalnego życia. Mówiąc brutalnie, same by się te ramki nie powiesiły. Podłogi się same nie umyją, pranie też trzeba zrobić. I jeśli mam myśleć o problemach, to wolę to robić przy wbijaniu gwoździ, bo wiem, że refleksje, które wtedy napłyną, będą nieco mocniej zahaczone o rzeczywistość.

Nie wiem, czy rozumiecie, o co mi chodzi, bo staram się nie pisać tego, tak, żeby sprawiać wrażenie doradzającej i wszechwiedzącej. Nie wiem wszystkiego, bo wszystkiego nie doświadczyłam – dzięki Bogu – ale cośtam już za sobą mam. I dzięki temu, mam też wiedzę, co u mnie działa. I dlatego próbuję wam coś podpowiedzieć.

Piszę to przy moim biurku. Za moją głową, na ścianie, wisi 15 obrazków, które sama powiesiłam. Na sąsiednim kredensie nie osiadł jeszcze kurz po moich walkach ze ścierką dwa dni temu. Obok, w torbie, leżą świeżo wyprane ciuchy, które próbuję sprzedać na olx, a część moich kwiatków ma za sobą sobotni prysznic. To drobiazgi, które dodają mi sił i pewności siebie. Nie twierdzę, że gdyby ktoś miał potrzebę zanurzenia się w cierpienie i wypłakiwania pod kocem, to byłoby w tym coś złego. Ja tylko wiem, co jest lepsze dla mnie.
Bo w gruncie rzeczy, to jest przecież właśnie wyzwanie. Kiedy z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że zaraz zawali się to, co sobie budowałam przez ostatnich parę lat – rozstawić deskę do prasowania. (A ja sobie poprzeczkę zawiesiłam zresztą przy okazji jeszcze wyżej, bo włączyłam sobie do tego prasowania film – a jakże, o miłości!)

Mam za sobą różne wydarzenia z kategorii tych, które przypominają niespodziewane ciosy w środek brzucha. I ja sobie wypracowałam właśnie takie mechanizm przechodzenia przez tego typu sytuacje.

Mam też za sobą długą rozmowę z Prawiemężem, na którą absolutnie nie miałam ochoty. I która była tak ciężka, że teraz chyba na pięciu terapiach będę się z niej szorować, ale do której zasiadłam z otwartą głową. Miałam garść przemyśleń, którymi się podzieliłam, ale nie miałam Ustalonego Planu Działania, który myślę, że byłby tylko zarzewiem do dalszych kłótni.
Nie to, żeby ta rozmowa przebiegła jakoś szczególnie spokojnie; wypłakałam chyba Śniardwy, a przy dotykaniu ran dogrzebaliśmy się paluchami ścięgien, ale najważniejsze, że w ogóle się odbyła. Że oboje sporo myśleliśmy, jeszcze więcej czuliśmy, oboje mieliśmy jakieś pomysły, którymi mogliśmy się wymienić, ale jedno drugiemu niczego nie próbowało narzucić. Naprawdę.

Teraz jest dobrze, choć, oczywiście, ten spokój jest jeszcze bardzo chwiejny. Może nie chodzimy na palcach, ale staramy się być delikatni.
A przy okazji, mnie cieszą te ramki, pranie, porządek w domu. Małe zwycięstwa.

Przemyślenia na temat tej mojej specyficznej metody odbywania rozmów kwalifikacyjnych, też się pewnie do czegoś przydadzą – mam nadzieję.

Kiedy cierpię, nie udaję, że jest inaczej, ale staram się dalej robić swoje. Może niekoniecznie w takim stanie potrafię skonstruować list motywacyjny, ale CV spokojnie mogę rozsyłać. Robić prysznic kwiatkom. Prasować. Nad żelazkiem się całkiem spoko płacze, jedno drugiemu zupełnie nie przeszkadza.