Czy pamiętacie słowa, które rzeczywiście zmieniły wasze życie? Czy potraficie przywołać w pamięci wydarzenie, którego inny przebieg najprawdopodobniej sprawiłby, że w tej chwili bylibyście gdzie indziej, że być może wręcz bylibyście kimś innym?

Myślę, że takich momentów zdarza nam się w życiu kilka.

Ja mam ich parę w głowie, a chcę wam opowiedzieć o jednym, który przypomniał mi się zupełnie niedawno i przy okazji odgrzebania go w pamięci odkryłam, że postrzegam go już zupełnie inaczej. Że choć od dawna wiedziałam, jakie znaczenie dla mojego życia miała tamta krótka chwila, dopiero teraz przestałam o niej myśleć jak o zdarzeniu, którym coś sobie odebrałam, a zaczęłam w nim widzieć to wszystko, co dzięki niemu sama sobie podarowałam.

IMG_0643a

Pamiętam pogodę z niemal każdego dnia minionych wakacji, bo niemal każdego dnia doświadczałam czegoś nowego. Czy pamiętam, jaka aura towarzyszyła mi w podobnym okresie lipca? Oczywiście, że nie, choć lipiec był przecież nie tak dawno temu.

Sytuacja, którą chcę tu opisać, była ważną i mocno decydującą o mojej przyszłości, ale przecież uczestnicząc w niej, nie miałam jeszcze pełnej świadomości jej przyszłych dla mnie konsekwencji. Mimo to, zapamiętałam pogodę, było bardzo ciepło, dom rodziców dawał przyjemne schronienie przed chłodem.

Miałam 21 lat i świeżo zdane prawo jazdy. Nikt zresztą z moich bliskich, a ze mną na czele, nie wierzył, że rzeczywiście zdam ten egzamin, bo miałam za sobą kurs parkowania i dosłownie 2 godziny jeżdżenia po mieście, miałam też za sobą dwukrotne podejście do egzaminu z teorii i, delikatnie mówiąc, niewiele umiałam. Kiedy jednak wysyczałam mojemu instruktorowi, tuż przed trzaśnięciem drzwiami jego czerwonego punciaka, że sobie nie życzę, i że ogromnie dziękuję, ale, proszę pana, ja już nie – termin egzaminu był już ustalony, egzamin opłacony, a czasu zostało niewiele. Wyjścia nie było, podeszłam, zdałam, a mój i mojej rodziny nastrój był w tych dniach mieszaniną euforii i przerażenia. Cóż, prawdopodobnie tak reaguje się zawsze na autentyczne doświadczenie cudu, na pewno można powiedzieć, że dodało mi to wiary w siebie i w słuszność swoich decyzji, i fruwałam trochę nad podłogą, kiedy zadzwonił telefon.

To były jeszcze czasy telefonów stacjonarnych, nasz był z czarnego plastiku, matowy. Kiedy tata go kupował, wydawało się, że szybko razem z młodszym rodzeństwem i psem doprowadzimy do wymiany modelu na solidniejszy, a jednak nasza nabożna cześć wobec tego urządzenia zdołała je uchronić i właściwie to, że jego wygląd tak dobrze zapamiętałam, wydaje mi się teraz dość zabawne.

Miałam już wtedy komórkę, dlatego zdziwiłam się, kiedy osoba po drugiej stronie powiedziała, że chce rozmawiać właśnie ze mną. Jeszcze bardziej zaskakujące było to, że mówiła po angielsku – swoją drogą, gdyby odebrał wtedy ktoś inny, prawdopodobnie rozłączyłby się szybko i nawet nie wiedziałabym, jaka szansa właśnie przeszła mi koło nosa.

A tak – wiem to doskonale. Wiem, z jakiej szansy zrezygnowałam, żeby umożliwić w moim życiu wystąpienie paru innych szans.

IMG_0640a

Kobieta, która do mnie wówczas zadzwoniła, wiele miesięcy wcześniej dostała mój życiorys i zdjęcie.
Zwierzyłam się kiedyś koleżance z braku pomysłu na samą siebie, z niepewności, co właściwie chciałabym wynieść z moich studiów. Przypomniała sobie wtedy o znajomej znajomej, mieszkającej w Anglii i szukającej opiekunki dla dziecka. Byłam na tyle krótko po maturze, żeby jeszcze wierzyć w niezły poziom swojego angielskiego, chyba zresztą słusznie, skoro na sklecone po angielsku zgłoszenie ktoś faktycznie odpowiedział.

Tyle, że za późno.

Studia mi się spodobały, a przede wszystkim – od trzech miesięcy byłam szczęśliwie zakochana. W długowłosym kabareciarzu, z którym w ramach romantycznych porywów serca kładliśmy się nocą na chodniku i patrzyliśmy w gwiazdy, a kiedyś za dnia zdarzyło nam się biegać boso w deszczu po mieście.

Byłam zakochana totalnie, absolutnie i z cudowną pewnością, że to miłość mojego życia, do tego z niezaprzeczalną boską interwencją właśnie zdałam prawo jazdy, los zdecydowanie mi sprzyjał i czułam, że to ja panuję nad swoim życiem, powiedziałam więc, że I’m sorry, opowiedziałam trochę o studiach, trochę o miłości, podziękowałam za ofertę, rozłączyłam się i cieszyłam z tego, że to ja, ja sama decyduję o tym, co się dzieje, co mnie spotyka, że to ja sama pociągam za sznurki. Byłam szczęśliwa, właśnie pozwoliłam temu uczuciu kwitnąć, zaryzykowałam i wiedziałam, że to było właściwe.

Cztery lata później byłam żoną tego romantyka.

A po kolejnych pięciu latach brałam z nim rozwód.

Mój angielski jest raczej opłakany, ale nadal używam go z nonszalancją, zwłaszcza, kiedy nie mam obok siebie wsparcia w postaci pewnego fajnego faceta, który tym językiem włada doskonale.

Tych 12 lat temu, kiedy podnosiłam plastikową słuchawkę, o istnieniu tego człowieka nie miałam pojęcia, a wczoraj wciągnęłam z nim zapieksa na pół.