Przygotowuję do spakowania na zimowy sen moje letnie ciuchy.
Sukienki i spódnice, których nie założyłam tego lata ani razu, czekając na Lepszą Okazję.

Tak, jestem jedną z tych osób, które to sobie robią, choć mam tego świadomość i próbuję z tym walczyć.

Z dna kosza z praniem wyciągam długą sukienkę i myślę, że ja chyba na co dzień też wpadam w pułapkę tego czekania.
A Lepsze Okazje mogły już dawno zasnąć z nudów na mojej kanapie.

Wiemy o dzielących nas różnicach i zwykle skupiamy się właśnie na nich. Drażnią nas czyjeś nawyki, różne od naszych, irytuje odmienny styl bycia, o takich aspektach, jak kolor skór czy wyznanie już nie wspominając.

Kiedy jednak przychodzi do ustosunkowania się do podejmowanych przez innych decyzji, oceniamy je zwykle przez pryzmat własnych doświadczeń. Zapominamy, że każde z nas ma swoją historię i własny do niej punkt wyjścia. Ograniczamy się do efektu, który dostrzegamy i nie przyjdzie nam do głowy, ile za czyimś działaniem może się kryć nieprzespanych nocy, rozmów z samym sobą, wątpliwości, bólów żołądka ze zgryzoty. Jak wielki za poinformowaniem świata o drodze, którą się wybiera, stoi mur przerażenia. Może poczucia beznadziei.

Wybieram najcięższą drogę, bo nie dostrzegam innych – lub może przeanalizowałam wszystkie opcje i w tej chwili sądzę, że nie ma dla mnie lepszego wyjścia.

Piszę ogólnikowo, bo moja refleksja nie dotyczy jednej konkretnej sytuacji, to obserwacja różnych relacji wokół mnie i wobec mnie.

Kraków na zmianę – oczarowuje i rozczarowuje. Nie przestaję dziwić się tak często spotykanemu podejściu „na dzień dobry” – to zamiast pomocnej dłoni, kolce, dystans, złośliwość, cwaniactwo. Tak, cwaniactwo. Nie, nie powinno się uogólniać i wiem, że pewnie nie chodzi tylko o Kraków… cóż by to jednak miało zmienić? Widzę to i doświadczam tego właśnie tutaj.
Staram się nie skupiać tylko na tym, a nawet przychodzi mi to łatwo i bez szczególnych starań, bo przecież dotyka mnie także dobro, serdeczność, jest uśmiechnięty sprzedawca w Hucie Piwa, jest przecież Mężczyzna, pan Jerzy, Lidia z pierwszej klatki, mogłabym wymieniać długo. Dziś poznałam przemiłą parę, ona Włoszka, on Amerykanin, wręcz słodcy, wychodząc ze spotkania z nimi miałam oczy mokre ze wzruszenia i wdzięczności Bogu i losowi, stawiającym takich ludzi na mojej drodze.
A jednak coraz częściej dostrzegam to, co kiedy dawniej znajomi dawali do zrozumienia, w charakterystyczny sposób wypowiadając krakusy, oburzało.
Może lepiej czasem wyjść poza bańkę naiwności, dupa od stycznia próbuje przecież twardnieć.

Dziś rano stresująca sytuacja w pracy, parę telefonów, nerwowych rozmów, po kilku godzinach M. dzwoni i mówi: Ty jesteś odporna na stres, prawda?
Nie wiem, chyba jestem, ale nie jestem odporna na zranienia i właściwie wszędzie dostrzegam ich potencjał, potrafię wielu spojrzeniom przypisać przykre intencje, wszędzie też łatwo znajduję dowody na własną znikomość, przeciętność i słabość.

Parę dni temu trudna rozmowa z przełożonymi, w trakcie krzyczałam, potem płakałam, na koniec spokojnie zapytałam Szefa: Czy ty mnie słyszysz? Czy ty słyszysz, co ja do ciebie mówię? – i sama sobie zadałam to pytanie.

Żadne decyzje nie są proste i gdy ktoś na fejsie pisze, że każda zmiana jest dobra, trudno mi się z tym zgodzić. Czuję, że z trudem przychodzi mi zaufanie innym, kiedyś tak nie było.