Coraz częściej myślę, że już panuję nad swoim życiem i bardzo lubię przyłapywać się na takim przekonaniu.

I cieszy mnie, że  tak niewiele mi potrzeba, bym była pewną, że trzymam ster w swoich rękach.

Tak naprawdę, wystarczy, że nie tylko zrobię pranie, ale i ściągnę je z suszarki, jak tylko wyschnie.
A kiedy jeszcze uda mi się je wyprasować, nim zdąży samo wyjść z kosza, to już ogarnia mnie błogie wrażenie harmonii i spełnienia. Naprawdę.

I to jest gigantyczny skok w moim rozwoju, i każdemu z was życzę też wykonania tej pracy nad sobą. To ma związek z niewymaganiem od siebie zbyt wiele, z docenianiem drobnych przyjemności, umiejętnością bycia samemu sobie wdzięcznym, z pozwalaniem sobie na bycie z siebie zadowolonym.

Bo ja rzadko byłam, choć wydawało mi się, że mam świadomość tego, ile robię, więc przecież jasne, że sama siebie doceniam.
Nie, nie doceniałam. Nigdy nie byłam wystarczająco dobrą i sama już nie wiem, czemu sama sobie wydawałam ciągle nowe polecenia, dodawałam zadań i obowiązków.

Przypuszczam, że korzenie takiej tradycji w traktowaniu siebie sięgają dzieciństwa i szkoły muzycznej. To ja sama, niewiele od ziemi odrosnąwszy (czy to słowo istniało jeszcze przed chwilą?) poinformowałam rodziców o chęci nauki gry na fortepianie, ale kilka lat później kontynuowałam tę naukę już wyłącznie z poczucia obowiązku. I przez parę lat dwie szkoły godziłam w sposób absolutnie bezkolizyjny; czerwone paski, piątki, szóstki, olimpiady, konkursy… pianistką byłam marną, ale uczennicą – doskonałą. W pakiecie z dobrymi ocenami dostałam nerwicy żołądka, której nikt tak wtedy nie nazywał – no i prawdopodobnie nabawiłam się pewności, że należy zawsze mieć sporo na głowie.

Różnie potem bywało z godzeniem dwóch szkół, ostatecznie drugiego stopnia szkoły muzycznej nie ukończyłam, a zobaczenie tego, że nie daję rady, nie ma to sensu, i że w swojej walce jestem odrobinę zbyt osamotniona, było już, tak naprawdę, też ważnym momentem w drodze do decydowania o samej sobie.

Niestety, przekonanie, że można sobie czasem dawać luz, a nawet, że więcej korzyści przyniesie dawanie sobie luzu regularnie, było mi długo zupełnie obce.
Co ciekawe, miałam jednocześnie problem z ustalaniem priorytetów.  Nie można być przecież dobrym we wszystkim, prawda?
Ja się np. starałam być dobrą katoliczką, córką, wnuczką, partnerką, mieć porządek w pokoju, oszczędzać pieniądze – a na bycie dobrą uczennicą już jakoś nie starczyło sił.
Pod koniec studiów z kolei, z nauką już też zaczęło mi iść całkiem nieźle, więc dorzuciłam sobie jeszcze imanie się każdej możliwej dorywczej pracy i parę kreatywnych oraz czasochłonnych hobby.
Potem szybko znalazłam stałą pracę, a po niej – kolejną. Wymarzoną, ukochaną – więc oczywistym było, że przyjęłam też ofertę drugiej i przez jakiś czas godziłam dwa etaty. I jeśli przez chwilę wydarzyło się bezrobocie, to od razu napisałam zaległą pracę magisterską, wyprowadziliśmy się z mężem od moich rodziców i raz-dwa poszłam znów do pracy.

Nie da się być dobrym we wszystkim. I Bóg mi świadkiem, że ja nie tak to widziałam; ja nie miałam ani przez chwilę wrażenia, że staram się być we wszystkim dobra. Problem w tym, że w moich oczach byłam ciągle we wszystkim kiepska. Stąd stawianie sobie kolejnych wyzwań, angażowanie się na niezliczonych frontach…

… a także gorzknienie, smutek, nerwica, którą tym razem ktoś tak wreszcie nazwał, skłonności depresyjne, terapia grupowa, terapia małżeńska, terapia indywidualna, rozwód.

Tylko błagam, bez wyciągania wniosku, że posłanie dziecka do szkoły muzycznej skutkuje skazaniem go na nieudane małżeństwo.

To wszystko było widać dla mnie konieczne, żebym teraz mogła być z siebie szczerze zadowoloną, kiedy zrobię pranie i je wyprasuję, a nawet – kiedy wyprasuję tylko część.

Cieszyć się, że pamiętałam o kupieniu sobie chleba.

Od paru miesięcy odkładałam kupno kabla do wieży – i nie miałam do siebie o to pretensji. Owszem, czasem mi go brakowało, ale wiedziałam, że w końcu go kupię.
Kupiłam wczoraj, w domu odkryłam, że za krótki; pośmiałam się sama z siebie i pojechałam dzisiaj go wymienić na dłuższy. Właśnie słucham na altusach mojego taty „Sacred Ground” Howling. Kupiłam ten kabel wtedy, kiedy znalazłam na to czas i chęci, i mogę się nim teraz wyłącznie cieszyć. Zrobiłam to dla siebie, a nie dlatego, że wypadało wreszcie ten pieprzony kabel mieć.

Przed paroma laty zaczęłam robić dżemy i co jakiś czas co lato produkowałam kilka słoiczków, w różnych smakach. W zeszłym roku nie miałam na to siły i wierzcie lub nie, ale przez chwilę, a jeśli mam być szczera, to przez kilka miesięcy, miałam o to do siebie pretensje. No bo przecież co to takiego? Czemu mi się nie udało? To ja już nawet zwykłego dżemu nie umiem zrobić!?
Przedwczoraj, spontanicznie, kupiłam sześć słoików. Właśnie stygną w nich truskawki z rabarbarem.

Nie chodzę dumna jak paw, nie zaczęłam sobie wyobrażać, że jestem perfekcyjna i wszystkie nieperfekcyjne mogą mi naskoczyć. Zresztą, kretyństwem byłoby tak myśleć, kiedy odkurzacz wyjmuje się tak rzadko, że najpierw to on musi zostać odkurzonym. A jednak chyba wydawało mi się kiedyś, że jeśli przestanę punktować swoje niedociągnięcia, to stanę się właśnie taką antypatyczną samochwałą – no bo z jakiego innego powodu nie pozwalałam sobie na zwyczajne bycie z siebie zadowoloną?..

Zrobiłam kilka słoików dżemu i albo mi się uda zrobić kolejne, albo nie, ale już z tych paru się szalenie cieszę i jestem sobie za nie wdzięczna.

Wyprasowałam małą kupkę ubrań i chyba nawet jeszcze dziś je włożę do szafy.

Zarazem, nadal nie zasadziłam fasoli, która miała zastąpić osłonę balkonu, nadal nie rozejrzałam się za ubezpieczeniem na urlop, podsufitka w moim samochodzie wisi już tak nisko, że niewiele widzę przez tylną szybę, a co więcej, samochód formalnie nadal nie jest do końca mój; jestem co najwyżej jego współwłaścicielką, a i to chyba nie jest prawdą, no bo od września mam przecież inne nazwisko.

Nie jestem idealna i czasem mam do siebie pretensje o swoje wady; nie obrosłam w piórka, nie. Nie uważam już jednak, że bycie nieidealną jest powodem do jakiegoś wstydu czy hiper-niskiego poczucia własnej wartości.
Jestem normalna.
Radzę sobie najlepiej, jak potrafię.

Jestem wystarczająca.