Brakuje mi wycieczek z zakładu pracy – napisał ktoś gdzieś na Facebooku.

Brakuje mi zakładu pracy – pomyślał od razu mały złośliwiec we mnie.
Choć to niezupełnie prawda.

Brakuje mi spotkań, rozmów, innych spojrzeń na różne tematy, brakuje poczucia, że się rozwijam. I tego, że robię coś, co umiem. Tego, że w ogóle jestem w czymś dobra.

Być może brak pracy ma z tym związek, choć obawiam się, że nieznaczny; jest, widzicie, trochę mi gorzej. Trochę mi gorzej z tym światem się układa, tak to może ujmę, bo w gruncie rzeczy, zupełnie nie wiem, jak.

Ostatnie dni skopały mnie po dupie tak, że chyba nie powinnam w ogóle na niej umieć siedzieć. Gdyby nie to, że z wstawaniem radziłam sobie jeszcze słabiej. Co nie oznacza jednak, że zaległam, bo z kolei pieprzone hiper-gigantyczne Poczucie Obowiązku jest w stanie chyba zawsze mnie wygonić z łóżka. Z kanapy. Z podłogi. Wstaję, ryczę, jest, kurwa, po prostu, jest po prostu najgorzej – ale nie leżę. Nie przesypiam całych dni.
A nie powiem, wolałabym.

Nie da się. Ja nie umiem.
Nie przespałam i tym razem, tylko, oczywiście, byłam na maksa świadomie i przytomnie w całym tym… wszystkim. Co jest trochę jak utrata przytomności, ale tylko trochę. Trochę jak jakieś rozdwojenie jaźni, ale też tylko w niewielkim stopniu. Trochę jak otulenie czarnym aksamitem, ale to w sumie już akurat prawie wcale się nie zgadza, poza tym, że jest faktycznie czarno. Nic jednak nie otula, a już na bank nie aksamit.

Jest raczej jak na tym gifie:

… ale też tylko trochę.

I nie urodziłam się wczoraj, żeby teraz móc pierniczyć o jakimś wychodzeniu mocniejszą z kolejnej próby, i że co cię nie zabije, i że byle do przodu, bla bla bla… Boję się. Bo nie spodziewałam się, że znowu moja własna głowa zacznie mi wywijać takie numery i naprawdę myślałam, że jestem już trochę dalej.

Może zresztą jestem, co mojego strachu nie zmniejsza ani o… ani o coś naprawdę maleńkiego. Po prostu do szerokiej gamy doświadczanych przeze mnie emocji doszła jedna, którą przynajmniej umiem nazwać, czyli strach, który jest tym gorszy, że jest strachem, właściwie, przed sobą samą.

Choć trudno mi się, w gruncie rzeczy, z tym wszystkim utożsamić.

Wiem, że piszę nie wprost, a teraz jeszcze powiem, że na tym dziś, właściwie, skończę.
Pomysł, że ktoś jednak to przeczyta, jest dowodem na to, że już jest lepiej, ale to takie lepiej, że wiecie; odrąbali ci uszy, ale masz jeszcze oczy. Wow. (Gdzie „wow” jest i komentarzem do tego o oczach, i do jakości tej metafory.)

Generalnie, chcę powiedzieć, że w sumie to jest jednak rzeczywiście jak na tym gifie. I wygląda na to, że też tak w kółko.