Kiedy obie z przyjaciółką przechodziłyśmy przez rozstania…

… och, doprawdy, darujcie sobie to teatralne westchnienie. Nie, nie będzie znowu o moim byłym. No, może troszkę.

Kiedy więc obie z przyjaciółką zostałyśmy przez nasze, jak się nam wówczas wydawało, drugie połówki, kopnięte w dupy, wymyśliłam i wciągnęłam ją w praktykowanie odczarowywania. I nie chce mi się bawić w długie wstępy, powiem od razu – chodziło o powtarzanie czynności, rytuałów, odwiedzanie miejsc itp., do tej pory ściśle związanych z tymi, co sobie od nas poszli.

Bardzo często w tamtych czasach odkrywałyśmy, że czujemy podobnie, ale napiszę jednak w swoim imieniu: trochę trudno mi było wtedy, na początku, uwierzyć, że to wszystko, co było Nasze, można pozbawić tej wielkiej litery, wspominać ewentualnie z łezką w oku, ale teraz przeżywać w pojedynkę i dla samej siebie zachować. Że mogę wracać do tego wszystkiego i ani nie będzie to świętokradztwem, ani nie będzie mi rozrywać serca.

I trzeba przyznać, że całe to odczarowywanie miewało różny przebieg.

Pamiętam, jak w któryś jesienny dzień Łu zadzwoniła do mnie zapłakana, bo pojechała sobie do Krakowa, odważnie, sama zapuszczając się w znajome uliczki… i wtem zza rogu, prosto na nią idącą, zobaczyła parę, w skład której wchodziła jej niedawna miłość. Ze swoją jak najbardziej aktualną miłością za rękę.

Tak.

Bywało ciężko, ale z czasem coraz łatwiej, a na pewno każdorazowo wyraźnie odczuwałam, że to ma sens, że tak trzeba – że to jest dla mnie dobre. I o ile mi wiadomo, moja przyjaciółka widziała to tak samo.

odczarowywanie zostawiłam sobie też na inne okazje i niedawno znowu wprowadziłam w czyn.

Chodziło tym razem o Cieszyn. Miasto, w którym kiedyś już miałam szansę wykreować się na nowo, przyjeżdżając  do niego jako nastolatka i nikogo zupełnie tam nie znając. Potem jednak stało się właściwie zwyczajnie moim na dziewięć lat, więc związane z nim były pewne zwyczaje, schematy i tradycje.

Z nim – no i z moim byłym, bo tam go poznałam, tam kiedyś boso biegaliśmy po rynku w majowym deszczu. Co, swoją drogą, już też miało w sobie elementy rozprawiania się z przeszłością; już kiedyś był ktoś, z kim w deszczu… no, ale nie boso…

W każdym razie: właściwie, wszędzie był albo on, albo przynajmniej już jakaś dawna ja. W setki (tysiące?) razy zdeptanym bruku ulicy Głębokiej. W moście nad Olzą, na którym jeszcze czekałam w kolejkach do kontroli paszportów. Na Wzgórzu Zamkowym i Wieży Piastowskiej, w zaułkach, na ławkach, w sklepach, knajpach. W powietrzu i w wietrze. Wszędzie coś ze mnie już było, wrzucającego mnie w jakieś dawne tory. I nie chodzi o to, że jakieś szczególnie niewygodne – uwierający był właściwie już sam fakt, że nie ja o tym decydowałam. Że to się działo samo. Że przyjeżdżałam do Cieszyna i wszystko było wiadomo; że będę nocować u jakichś znajomych albo u babci, u której przecież ucząc się w Cieszynie mieszkałam. Że odwiedzając to, o to tutaj, miejsce, będę smutna. No a w tym tam, to się wręcz poryczę. Że będę tysięczny raz analizować wszystkie swoje nie najmądrzejsze decyzje, żeby po raz tysiąc pierwszy dojść do wniosku, że wszystko zrypałam.
Że pod szkołą muzyczną poczuję wstyd, a przy kościele Marii Magdaleny mimowolnie zacisnę pięści.

I tak dalej.

I od cholery tego „tak dalej”.

A parę tygodni temu znajomy ze studiów ogłosił na Facebooku nieoficjalny zlot absolwentów. I od razu wiedziałam, że pojadę.

I kiedy na kilka dni przed imprezą było na nią zapisanych 30 osób, co, jak wiadomo, zwiastuje obecność daj Boże dziesięciu – chciałam jechać i tak. I nawet bez szczególnie świadomego planu, zabrałam się za odczarowywanie tego miasta.

Wynajęłam pokój. Nad szkołą muzyczną.
Pojechałam sama, z nikim nie umawiając się na obowiązkowe „spotkania przy okazji”. Na niedzielne przedpołudnie znalazłam sobie darmowe warsztaty, na które się spontanicznie zapisałam. A wiecie, jak to jest; to było moje miasto, po cholerę miałabym w nim chodzić na jakieś warsztaty?..

Przyjechałam, poszłam na Rynek, potem Głęboką. Spróbowałam spojrzeć na to miasteczko jak turysta i zadziwiłam się jego sennością, niemal zupełnym brakiem ludzi.
Czemu nie dostrzegałam tego nigdy wcześniej? Czy nie zaludniałam go duchami?

Ulica Głęboka mnie urzekła chyba bardziej, niż kiedy rzeczywiście widziałam ją po raz pierwszy w życiu. Poskręcana, przyjazna, rozkoszna!

Zostawiłam w pokoju plecak, wzięłam aparat i poszłam na Wzgórze.
W miejsce, z którego nie zliczę, jak często patrzyłam na Czeski Cieszyn. I długo mogłabym opisywać, kto mi w tym patrzeniu towarzyszył i co z tymi wszystkimi osobami mnie łączyło – a teraz patrzyłam sama. I nie czułam, że dzieje się coś wyjątkowego; cudownie było czuć, że to jest właśnie zwyczajne, przyjemne. Jasne, że coś się przypominało, ale pierwszy raz od bardzo dawna żadne ze wspomnień mnie nie zabolało. Pierwszy raz przeszłość była tylko przeszłością.

IMG_9422m

IMG_9419m

IMG_9418m

Spacerowałam i wiał halny, było ciepło, zielono, uśmiechałam się do siebie. Nie zmuszałam się do myślenia ani do uciekania od żadnych myśli.

Kiedy zrobiło się ciemno, pomalowałam oczy i paznokcie, i poszłam do Czech. Byłam pierwsza, więc zamówiłam sobie to, co trzeba zamawiać w Czeskim Cieszynie – a przynajmniej w tej knajpie: frytki, smażony ser, sos tatarski i Czarnego Kozła lanego.

Wiecie, siedziałam w takim miejscu typu „klasyk”. Sala dla palących to trzy czwarte przestrzeni, sala dla niepalących nie jest nawet odgrodzona pełną ścianą. W telewizji leci hokej, pod telewizorem stoi pianino. Niektórzy faceci nie zdejmują tam czapek.

I w takim miejscu siedziałam sobie sama, piłam to piwo, opychałam się frytkami…

Na „zlot” rzeczywiście mało kto się wybrał, ale fajnie było móc się spotkać z dawno nie widzianymi. Mimo, że były to trzy osoby, a wśród nich – zgadnijcie – mój były mąż.

I nawet fajnie było łazić potem właśnie z nim nocą po tym mieście, słuchać jego paplania, kompletnie nie tęsknić za nim, tylko później, już w pokoju, za Mężczyzną.

Przebudzić się nocą i słuchać śniegu sypiącego na parapet, a potem obudzić się w słoneczny poranek, zjeść śniadanie i pójść na te dziwaczne warsztaty, co okazało się, że miały być dla dzieci.

Potem pójść z siostrą na herbatę i spotkać, oczywiście, mnóstwo jakichś postaci z jakiegoś Kiedyś. Zamieniać z nimi parę słów, pójść na obiad do knajpy, która Kiedyś jeszcze w ogóle nie istniała.

Jakby się przyjechało w jakieś zupełnie nowe miejsce, ale bez szczególnej potrzeby zwiedzania go.

Jakby się wreszcie odcięło od czegoś, może trochę… dorosło?..

IMG_9423m

Ta historia nie ma żadnego wielkiego finału.

Z Cieszyna wróciłam autobusem, pojechałam do faceta, którego kocham. Opowiedziałam mu, jak było. Poszłam spać.

Nie wydarzyło się nic szczególnego, odpoczęłam, spędziłam miło weekend. Wydałam może na te wszystkie uciechy trochę więcej kasy, niż powinnam, ale naładowałam sobie baterie, poczułam się znów dobrze ze sobą – to chyba jest warte… nie wiem, czy wszystkich, ale takich pieniędzy na pewno.

I całe to odczarowywanie, odklinanie kojarzyło mi się do tej pory jednak z jakąś walką, z koniecznością – a teraz było wyborem. Przyjemnością. Róbcie to sobie czasem. Oczyszcza, leczy.