To były kolonie w Świnoujściu. Bite trzy tygodnie deszczu. Ośrodek, w którym było zimno, i którego ściany zdawały się przesiąkać wilgocią. Pranie schnące mniej więcej od drugiego dnia po przyjeździe do mniej więcej trzeciego po powrocie do domu.

Spaliśmy w wielkich nieprzytulnych sypialniach, mieszczących chyba po siedem łóżek. Jeśli nie więcej.

Wyjścia na plażę polegały na łapaniu krótkich chwil, w których nie padało. Na szybkim zbieraniu się (ubieraniu kilku warstw koszulek i jedynych dwóch swetrów, jakie spakowała mama), szybkim marszu po mokrym i ciemnobrązowym piasku, daleko od dzikich fal, potem szybki spacer, a raczej bieganie po deptaku, co odważniejsi kupowali lody (chyba po to, żeby po powrocie do swoich łóżek mieć wrażenie, że jest w nich jednak ciepło), a potem ucieczka przed nadciągającą kolejną wielką i ciężką chmurą.

Nudziliśmy się jak tylko dzieci nudzić się potrafią. Sto pięćdziesiąt osiem razy sprawdzałam pięćset szesnastoma testami, czy mam szanse u Pawła S. Pisałam kilometrowe listy, choć zabijcie mnie, nie mam pojęcia, o czym. Kto tylko miał szansę z kimś się pokłócić, korzystał z niej skrupulatnie.
Poziom nudzenia się wyciągaliśmy na absolutne wyżyny, poziom zaangażowania naszych opiekunek był natomiast minimalny.

Któregoś dnia zapowiedziały jednak: robimy mini playback show.

Pamiętacie ten telewizyjny program? Dzieciaki udawały, że śpiewają, ale nie ich występy były najważniejszym punktem programu. Wszyscy czekaliśmy na chwilę, w której będą wybierać dla siebie strój, żeby zostać możliwie jak najbardziej wiernie ucharakteryzowanymi na miniaturki artystów, których udawały. Czekaliśmy na moment, w którym wejdą do ogromnej garderoby, pełnej maleńkich kreacji, cudnych błyskotek, przepychu, od którego kręciło się w głowie nam, przed telewizorami. Nam, siedzącym w każdym domu na tych samych wytartych wersalkach, przy tych samych lakierowanych stołach. Na ekranie brokat, dym, światła, oklaski – wszystko cudownie i pociągająco zachodnie, wszystko takie niemieckie, niemieckie to już zawsze będzie znaczyło: lepsze, nieosiągalne.
Każde z nas marzyło wtedy o wzięciu udziału w tym programie. Występ przecież jakoś by się przeżyło, ale móc wejść do tej garderoby..!

A teraz przełóżcie to sobie na realia świetlicy w ośrodku wypoczynkowym w Świnoujściu, połowa lat dziewięćdziesiątych.

Wykładzina na ziemi i do połowy wysokości ściany. Na wprost drzwi ogromne okno, zakryte poszarzałą firanką. Paprocie i kaktusy. Ciężkie krzesła obite skajem.

Mini playback show…

A jednak – porwało nas. Konkurs! Występy! Przebrania! Można, a nawet trzeba coś pożyczyć od koleżanki!

Podobieraliśmy się w grupy, wybraliśmy repertuar. Kryteria wyboru: co zabraliśmy ze sobą na kasetach i którego z wykonawców w miarę przypominamy wyglądem.

Byłam brzydka, w najlepszym wypadku nijaka, lubiłam tańczyć i miałam krótkie włosy.
Padło na Edytę Górniak.

Chyba dla podkreślenia głębi mojego poczucia humoru, wybrałam Jestem kobietą i zaczęły się próby. Miałam się prężyć i wyginać, i wić wokół krzesła, dramatycznie poruszając ustami do publicznego wyznania: Jestem kobietą!
Ale czad.

Przed konkursem poszłam umyć włosy, a jako, że o tej porze trudno było o ciepłą wodę pod prysznicem, myłam je w umywalce. I kiedy po umyciu podniosłam głowę do góry, w lustrze zobaczyłam, że z nosa lecą mi strumyczki krwi. Szybkie i obfite, a ponieważ jeszcze przed chwilą spływały w drugą stronę, we krwi była cała moja twarz.
Lubię, kiedy coś się dzieje, więc pokazałam się tak wychowawczyni, a ta, rzecz jasna, kazała mi iść do łóżka i zostać w nim jak najdłużej, i żadnych konkursów, żadnej świetlicy, żadnego wicia się, nic!

Przez dziurkę od klucza podglądałam, jak mój zespół wykonywał przećwiczoną naprędce inną piosenkę i chyba nawet aż tak strasznie nie płakałam.

Tylko zastanawiam się czasem, czy tamten przerwany manifest kobiecości nie stał się rodzajem fatum, ciążącego nade mną.

Weszłam dziś na blog Macademian Girl. Nie wiem, jak mogłam do tego dopuścić, ale kiedy się zorientowałam, było już za późno i przede mną wirowały sukienki, naszyjniki, kapelusze, szpilki, wszystko wdzięczne i takie KOBIECE..!
Zjechałam wzrokiem niżej.
Na mój bawełniany podkoszulek, wystający spod bawełnianej bluzki w kwiatki.
Na spodnie, które ze dwa sezony temu były jeszcze zupełnie modne, teraz za to prawy bok lewego kolana jest brudny od ramy roweru, a lewy bok lewego kolana jest brudny od rowerowego łańcucha.
Na czerwone (tak naprawdę, nie znam nazwy tego koloru) i też nie do końca czyste tenisówki.

Tia.

Wiecie, ja bardzo lubię sukienki i styl ubierania, który nazywam sobie właśnie „kobiecym”. Mam w pracy koleżankę, która codziennie ma cudnie ułożone włosy, nosi kolczyki, obcisłości i przezroczystości, buty na wysokich obcasach, a przy tym nie jest wypindrzoną sztywną niunią, to normalna fajna dziewczyna, która – tak, po prostu – jest bardzo kobieca. I ja ją podziwiam, i jej zazdroszczę.
Bo ja nie umiem.
Bo ja nie wiem, jak się to robi.

Jasne, że na różne, wiecie, Imprezy, że na różne Okazje zakładam szpilki i tak dalej.
Na co dzień jednak nie ustaję w wysiłkach, żeby nie móc sobie na taki image pozwolić. Jeżdżę na rowerze, więc wszystko musi być wygodne – no, albo jeżdżę autobusami, więc wtedy mam tylko wytłumaczenie dla braku szpilek, no bo nie zasuwałabym w nich przecież z przystanku. A skoro już nie mam tych szpilek, to właściwie co miałabym zrobić, żeby zmienić się w kotkę? Żeby nie być raczej, powiedzmy, luzackim szczeniakiem?

I to nie jest też tak skrajnie, że się np. kompletnie nie maluję ani nic nie robię z włosami. Wbrew temu, co sądzą moi koledzy z pracy (Ty przychodzisz tu po prostu tak, jak wstałaś?), spędzam co rano przed lustrem jakieś dwa kwadranse, nim pozwolę sobie wyjść do świata. Mam jednak wielki problem ze spójnym stylem; z przerzuceniem do swojej szafy i na swoje członki tego, co tak mi się podoba u – i na – innych. Zwyczajnie nie wiem, co kupować i jak nosić, a jeśli nawet w jakimś napadzie dziwnego opętania kupię sobie klasyczną sukienkę przed kolano, to i tak nie wiem, jakie powinnam do niej posiąść buty. Lub wiem, ale wydaje mi się, że będą niewygodne i niepraktyczne, więc nie zaopatruję się w takie, a kieckę ubiorę parę razy, dorzucając płaskie sandały, żeby ostatecznie stwierdzić, że no tak, jak zawsze – jest kiepsko, nie ma co się wygłupiać, to gdzie ja wsadziłam te moje brązowe marchewy..?

Nie mam tego czegoś i nie wiem, skąd to miałabym wziąć – ani czym jest. Bo dla mnie głównie odwagą, a przecież te babeczki, które mijam co dnia, nie sprawiają wrażenia jakichś szczególnie dzielnych. Po prostu zakładają to, co sprawia, że szałowo wyglądają.

A ja buduję sobie wizerunek takiej, co świetnie się czuje, wyglądając inaczej; takiej, co nie ma potrzeby błyskania kostką, co gardzi głębokimi dekoltami i w głębokim poważaniu ma pończochy oraz kopertówki.

Tak, świetnie się czuję w tym, w czym chodzę. Ale to nie tak.

Ja się, widzicie, obawiam, że wyglądałabym śmiesznie i głupio. Że nie umiałabym w tym chodzić ani nawet siedzieć. Że znajomi popukaliby się w czoło. Że ci wszyscy ludzie, którzy raczej nie zwracają na mnie większej uwagi albo jeśli zwracają, to podchodzą do mnie z życzliwością, bo są otwarci i rozsądni – nagle zaczęliby robić dziwne miny i szeptać po kątach. Bo przecież zwykle wyglądam inaczej i co mi odbiło.

Nie jestem osobą, która codzienne decyzje konsultuje w swoim wnętrzu z domniemanym stosunkiem do owych decyzji całej reszty świata. Łażę po domu goła mimo niezasuniętych rolet, w autobusie, kiedy coś mnie rozbawi, to śmieję się na głos, w knajpie wciągam uparcie słomką resztki soku z dna szklanki. I generalnie, jeśli mam ochotę na sukienkę, to ją zakładam, naprawdę, tylko ja cholernie rzadko to robię. Wmówiłam sobie, że to wymaga Szczególnych Okoliczności i nie umiem uwierzyć, że tak nie jest. Chociaż wiem, że tak nie jest, bo przecież widząc w sklepie kobitę w kremowych szpilkach, nie zastanawiam się, gdzie tu obok jest wesele albo czy się z jakiej randki nie urwała.

One, wy – po prostu macie taki styl.

Ja – po prostu byłabym śmieszna.

No, to teraz powiedzcie mi, jak mam siebie przekonać, że to głupie. I że warto być kobietą, zwłaszcza póki grawitacja tego czy owego nie ciągnie zbyt mocno.

 

edit

Zrobiłam sobie kubek zimnego kakao, siedzę w szarym dresie i rozkminiam nad sobą, i muszę napisać o jeszcze jednym powodzie, dla którego nie pozwalam sobie na wdziewanie kobiecych fatałaszków.

Mnie się czasem wydaje, że do tego trzeba mieć lepszą figurę, inną pracę i inny status społeczny. Tak, ja wiem, że to nie jest najmądrzejsze, co w życiu wymyśliłam, ale nic nie poradzę – mój łeb właśnie to mi podpowiada.
Chociaż naprawdę nie zastanawiam się, czy ta przysłowiowa w sklepie spotkana, jest na pewno project managerem, czy przypadkiem nie zaledwie merchandiserką. Kipi tym, czym kipieć jest czasem fajnie i nawet, jeśli nie jest idealna, to w niczym mi to nie przeszkadza, a często nawet przyciąga wzrok tym bardziej. Bo pokazuje, że ta kobiecość, to całkiem dobrze się ma w połączeniu z naturalnością.

I cóż z tego – jej wolno. Mnie nie. Durna ja.