Wydaje mi się, że w kategorii „zlewka ze strony autora”, ten blog jest na absolutnym prowadzeniu. I to chyba już w lidze światowej.

Nie dlatego nie piszę, że nie chcę.
Czasem przyjdzie mi do głowy, że już nie umiem, ale to żaden powód. Zwłaszcza, że przemądrzalsko nadal, w gruncie rzeczy, twierdzę co innego.
Prawdziwa przyczyna mojego milczenia jest dość banalna: naprzemiennie boję się, wstydzę oraz krępuję.

(Chyba mi poszedł słoik keczupu właśnie. Bo coś strzeliło. Zaraz wracam.)

(Jestem. Kurde, wszystkie całe, ale kilka nakrętek nie wciągnęło. Szkoda.)

Nie bardzo umiem sobie wyobrazić sytuację, w której piszę tu, jak to u nas mówią, ofyn (śląski: wprost) o bezsenności i wszystkich rozterkach, związanych z tą moją pracą na czarno. Z traceniem przez to szacunku do samej siebie, z wątpliwościami co do tego, jakie powinnam podjąć kroki… No heloł. To nie jest znowu aż tak bardzo duże miasto.

A ta sprawa naprawdę mocno mnie ostatnio absorbuje.

W ramach wprowadzania Wielkiego Planu Nie Kopania Się Po Dupie, robię różne fajne rzeczy i różnych głupich nie, ale tak całkiem nie myśleć, to ani nie umiem, ani nie chcę.
Myślę więc, przejmuję się, chciałabym się podzielić, a nie mogę – no i taką, poniekąd, pętelkę na swojej szyi sama sobie zaciskam.
Wchodzę tu i próbuję coś napisać, co więcej, piszę, następnie zaś ochoczo kasuję.

Wiecie co, idę porobić leniwe.

Nie robiłam ich nigdy w życiu, ale udało mi się kupić kilo domowego twarogu i odkryłam dzisiaj, że mam najprostszą ścieżkę skojarzeniową, biegnącą równiutko z dzieciństwa: co zrobić z białego sera? Leniwe.

U nas się na to mówiło „pierogi z serem” i baaardzo byłam kiedyś zaskoczona, jak tę nazwę interpretuje reszta świata.
W każdym razie, toczyłam teraz te wałeczki i od razu widziałam dłonie mamy, i stół, taki, co chybaśmy wszyscy takie mieli – białe odrapane nogi, blat w drobną czarno-białą kratkę, a boki tego blatu ze srebrnego aluminium z rowkami. Kojarzycie?

Szacun, mamo, ja tych pierogów nakulałam może czterdzieści i mi się nie chciało, a Ty ich przecież przygotowywałaś jak do jakiej armii…

Zawsze gotowanie mi pomaga. Nie, żeby tylko ono, ale ono – zawsze. Jeśli przemogę się i stanę przy garach, bankowo poczuję się lepiej.
Wczoraj sobie pomogłam dziesięcioma słoikami keczupu z cukinii, dzisiaj będzie czterdzieści leniwych.

Zanim zacznę je wrzucać na wrzątek, spróbuję parę słów o minionym czasie, bo przecież to początek kolejnego miesiąca.

  1. Nie wiem, czy Najlepszy Szef tu przypadkiem nie bywa, bo po przedostatnim wpisie posłał mnie na takie zakupy, że się wyjeździłam po Krakowie za wszystkie czasy. Dzisiaj zresztą też znowu pracowałam głównie jako kierowca. Czujecie to?
    I wygląda to tak, że nadal jeżdżę z nawigacją, ale nie jest to już specjalnym wyczynem dla mnie – więc mogę tu już przestać o tym pisać. Dziwne, że ten moment rzeczywiście nastąpił.
  2. Praca – no, wiecie. Ani mru mru. Bo jak zacznę jechać z tym tematem, to się ze mnie wyleję. Nie rozmawiajmy więc, plus proszę o trzymanie kciuków, żeby coś się wreszcie zmieniło, bo się męczę autentycznie.
  3. Zeszły miesiąc finansowo skończyłam na najprawdziwszym minusie, w tym, jak zwykle, mam zamiar coś zaoszczędzić, losie, bądź łaskawy.
  4. Mieszkania nie spaliłam, nie zatopiłam i raczej niewiele w nim się ostatnio zmieniło. A, doszła mandala z Izraela, którą wsadziłam za ramę, rozwalając przy tym tej ramy szybę. I przesadziłam fikusa, co chyba oznacza, że zdążyłam go uratować.
    I zainicjowałam przywiezienie tu sobie komody, ale facet chciał za to milion złotych, więc jej nadal nie mam. Halo, ludzie, gdyby ktoś tak z Górnego Śląska do Krakowa i nie potrzebował przy tym zarobić, to będę wdzięczna za pamiętanie. Ja się naprawdę zamierzam dorzucić, tylko nie tyle, żeby powoli osiągać cenę połowy takiej komody.
  5. Jestem w szczęśliwym związku. Nadal. Czasem, kiedy o nas myślę, to sobie beczę, że taki czad. Że sobie tworzymy taki czad.

I choć patrząc teraz na zegar, myślę, że jestem powalona, to skosztowałam jednego pieroga i, co tu dużo mówić, wygląda na to, że w tym też jestem dobra.