Śniło mi się przed paroma dniami, że siedziałam na drzewie w ogrodzie mojego dziadka. Machałam nogami, moi kuzyni zbierali owoce z ziemi, rozgryzaliśmy i jeśli był robak, taki owoc się wyrzucało. Po ogrodzie spacerował dziadek, z laską, spokojny, pogodny. Wiał lekki wiatr, to musiał być sierpień.
Byłam znowu dzieckiem.
Znowu tyle rzeczy było oczywistych.

Nie wiem, czy jako dziecko, cokolwiek planowałam. Byłam pewna swojej przyszłości, ale to nie była kategoria planów ani marzeń. Wszystko, co mnie czeka, było jasne i pewne. Mogły się pojawiać problemy, widziałam, że dorośli je mają, ale pewne rzeczy, pewne stany rzeczy – nie ulegało wątpliwości, że nastąpią.

Oczywistym było, że będzie mąż, i że będą dzieci. Dwójka lub trójka. Bo wszędzie wokół były małżeństwa, które miały kilkoro dzieci. Będzie dom, nie mieszkanie, bo tu (tam) przecież wszyscy mają domy. Praca, bo wszyscy muszą pracować. Zimą narty, latem przynajmniej namiot.

Te sprawy nie zaprzątały mi głowy, bo przekonanie, że to jedyny możliwy scenariusz, było zasiane we mnie naprawdę głęboko.
Nie mówiono mi: żeby znaleźć dobrego męża, powinnaś… żeby mieć dom, musisz mieć dobrze płatną pracę, więc powinnaś…
Powinności również były oczywiste.

Konsekwencje były oczywiste.

Będę dobrym uczciwym pracującym człowiekiem i będę mieć dobre życie.

Jakoś w połowie podstawówki pojawiły się pierwsze wersje konkretnych okoliczności.

A może dom nad morzem.
A może będę pisarką.
A może dziennikarką. Ale taką z Nationala.

Zresztą, cokolwiek wybiorę, to będzie tylko dopracowywanie szczegółów tej oczywistej przyszłości: mąż, dzieci, praca, dom. Przecież to mają wszyscy.

Zastanawiam się, skąd brała się ta pewność. I beztroska. Bez-nadmierna-troska o przyszłość.
Poczułam to znowu, we śnie i przypomniałam sobie lekkość, z którą wiązało się to poczucie. Brak ciężaru na ramionach, bólu kręgosłupa. Czas na machanie nogami, siedząc na gałęzi.
Jak to w sobie odrodzić? To przecież też byłam ja. Dorosłam, zmieniło się moje ciało, ale czy naprawdę nie mogę wrócić do tamtego spokoju? Przecież moje wnętrze nie umarło po drodze. To nadal ja i hm, może, może gdybym spróbowała, dałabym radę jeszcze wejść na jakieś drzewo.

Nie przeczę, kusi mnie i chciałabym móc też doświadczyć alternatywnych wersji mojego życia. Lub przynajmniej móc je obejrzeć, mieć wyświetlone – może właśnie we śnie – i tylko pokiwać nad nimi głową.
Bogu dzięki, że taka możliwość nie istnieje. Cierpimy od niedostrzegania milionów możliwości, jak bardzo więc cierpielibyśmy, wiedząc o nich i oglądając na nie dowody?..
Jest nieskończenie wiele przyczyn aktualnego stanu rzeczy i byłoby dowodem wielkiej niewdzięczności – także lub głównie dla samej siebie – narzekanie.

Mam inne życie od tamtego, które wydawało się tak nieuniknionym – i nawet nie bardzo potrafię powiedzieć, jak to się stało.
Tak, wiem – to przez podjęte przeze mnie decyzje, sploty okoliczności, czas, w których przyszło mi żyć, ludzi, których przyszło mi spotkać.
To wszystko jednak wydaje mi się niczym wobec tamtej wewnętrznej pewności, tamtego głębokiego przekonania; dlatego czasem jeszcze zdarza mi się dziwić, że jest aż tak zupełnie, zupełnie inaczej.

Zdziwienie nie musi jednak przecież oznaczać niezgody. I nie jest nią.

Tylko ten spokój, wiecie? Ta beztroska, ta fantastyczna pogoda ducha.

One nie brały się przecież z tego, że miałam ułożony w głowie plan, który punkt po punkcie realizowałam. Byłam dzieckiem! Jeśli w czereśni był robak, to się ją wyrzucało, jeśli strup na kolanie był gruby, trzeba było go zdrapać, sikało się pod płotem, a żeby tylko sikało… przecież pupę można było podetrzeć liściem babki.
Głównie to zajmowało moją małą głowę.
I mój brak martwienia się przyszłością nie wpływał na nią destrukcyjnie.

Decyduję o tym, co będzie. Przynajmniej w jakimś zakresie. Tej mocy nie chciałabym sobie odebrać, chcę tylko koniecznie przywrócić sobie beztroskę. Zmodyfikowaną przez doświadczenie, rzecz jasna.

Były pewne: mąż, dom, dzieci, praca.

A teraz są niepewne.

Co by to właściwie miało zmienić?

Za niedługo znowu będą czereśnie.