W ciągu minionego tygodnia, parę razy zabierałam się za nowy post.

Miało być np. o kolejnym oglądanym mieszkaniu – dla przeciwwagi, bo tym razem było ładnie i miło.
Albo o wypadzie na basen z chrześniakiem i… Byłym Mężem. W końcu chrześniak jest wspólny, a nasze relacje z BM co najmniej poprawne. I też było miło.
Albo o tym, jak „mała czarna” stała się blondyną.

Będzie bardziej ogólnie. O tym, jak jest, jak bywa; żeby nikt nie odnosił mylnego wrażenia o rzyganiu tęczą.

Moich znajomych, także świeżo poznanych, zamęczam często jednym tekstem: nie wierzę w czarno-białą wersję świata.

Bo nie wierzę i kropka, i jeszcze muszę powiedzieć, że irytuje mnie, kiedy u kogoś dostrzegam, że jednak otaczającą rzeczywistość interpretuje właśnie tak kategorycznie.

Jednoznaczność poglądów bywa bardzo pożądana, ale nie o tym mówię.
Uśmiecha się – jest szczęśliwa.
Jest niemiła – jest niedobra.
Odszedł od niej – pewnie go zdradziła.
Zmienia swoje życie – jest silna.

To, oczywiście, o mnie. Fakty i podejrzenia.
Nie zdradziłam, a jednak odszedł, a potem przez długie miesiące zmuszałam się do uśmiechu. Bywam cholernie niemiła, bo w tak kretyński sposób „radzę sobie” z lękiem przed odrzuceniem. I tak, jestem silna… i jestem też kompletnym słabeuszem.

Nie chcę o tym pisać w poważnym tonie. Opowiem wam po prostu parę sytuacji. Bo chcę, żebyście tworzyli sobie w głowach w miarę pełny obraz tego świata, który od niedawna sobie buduję.
Staram się tu pisać o sukcesach, żeby było widać: chcesz – to możesz. A przynajmniej, podejmując próbę, dajesz szansę powodzeniu.
Nie chciałabym jednak w ten sposób tworzyć jakiś mityczny obraz siłaczki, która raz postanowiła zacząć od nowa i od tej pory jej życie jest pasmem sukcesów lub przynajmniej pozbawione porażek. Boję się, że w ten sposób dostarczałabym argumentów tym wszystkim, którzy się boją próbować wprowadzać zmiany.

To skupianie się na sukcesach jest dla mnie oczywistą i jedyną sensowną metodą patrzenia na codzienność; tylko takie podejście, moim zdaniem, pozwala na rozwijaniu się, umożliwia wykonywanie jakichkolwiek kroków, zamiast kontemplowania niepowodzeń i celebrowania smutku, które są czynnościami słodkimi i wciągającymi, ale szalenie blokującymi.
Rzecz jasna, nie wygląda to u mnie tak, że mówię sobie „cóż, nie udało się”, wzruszam ramionami i nadal zasuwam do przodu jak czołg. Łykam łzy, walczę z momentalnym atakiem paniki, złoszczę się, zastanawiam nad ucieczką, mam milion obaw… Mam jednak świadomość, że muszę, zwyczajnie muszę skupić się na celu. Który zresztą też nie jest żadną, dajmy na to, hacjendą w Makarskiej ani nawet altaną na działce. Mój cel to, póki co, utrzymać się, a najlepiej w miarę fajnie żyć – w Krakowie.

I ten właśnie cel realizuję sobie w sposób czasem wygodny i przyjemny, a czasem głupi i przykry.

Mężczyzna mieszka w tak dogodnej lokalizacji, że na autobus rano idę spokojnym krokiem pięć minut.
Rzecz w tym, że notorycznie wychodzę z mieszkania za późno i mój krok jest daleki od spokojnego. I dziś, i wczoraj, zwyczajnie musiałam biec, czego efektem jest właśnie odczuwany przeze mnie ból gardła.
Dojazd do pracy zajmuje kwadrans. O ile, zamyślona, nie ocknę się akurat kiedy autobus podjeżdża na przystanek, nie wykrzyknę To mój!, nie wybiegnę, nie zorientuję się, że jednak wysiadłam za wcześnie, nie spróbuję – bezskutecznie – wsiąść z powrotem… i nie będę musiała czekać na jakiś kolejny autobus.

Pracę, jak pisałam, mam wymarzoną. Nie jest za to wymarzonym rozwiązanie kwestii umów, jakie stosuje się w tej firmie.
Wolę się o tym nie rozpisywać, ale to gorzkawa pigułka, której, póki co, nie da rady nie przełykać.
Póki co, dano mi czas na spokojne wdrażanie się w tematy, które są dla mnie kompletnie nowe. Czasem jestem gdzieś wożona, kogoś poznaję, przysłuchuję się rozmowom, częściej jednak wykonuję polecenia, siedząc przy biurku i z komórką przy uchu.
Jest spokojnie, o ile w ramach naturalnego wdzięku w godzinach porannych nie wyleję na siebie kubka gorącej kawy. Zalewając owąż komórkę, spodnie, obie koszulki i sweter.
Pojęcie „integracji z zespołem” wyciągam na niezłe wyżyny, kiedy pracę kontynuuję w mokrym swetrze i z szalem zawiązanym na biodrach.
No i ten sam szef, który powiedział, że ich wymagania względem mnie związane są głównie z moim zaangażowaniem i charakterem, dziś wygłosił mi taką tyradę, że w myślach modliłam się już, przysięgam, o grom z jasnego nieba, który pozwoliłby mi wyparować stamtąd bez wzbudzania podejrzeń.
Jakoś mi się udało nie rozbeczeć, ale sama nie bardzo wiem, jak.

Z mieszkaniem celowałam w Nową Hutę, bo tam jest najtaniej. I to prawda, ale ta cena zwykle wiąże się z szaleństwami typu pralka „frania”, całe mieszkanie w boazerii, kuchnia sprzed Gierka, meblościanka na trzy czwarte pokoju – i tak dalej. A kiedy znajdujesz w końcu coś naprawdę ładnego, to wzór umowy, który dostajesz, nie jest, powiedzmy, w pełni satysfakcjonującym. Jutro mam ją podpisać, więc trzymajcie kciuki, żeby jednak stała się trochę bardziej korzystną także dla mnie.

Mieszkanie z Mężczyzną to gigantyczna oszczędność – wszystkiego, poza energią, którą mitrężę na kłótniach. Choć tak naprawdę, nie mam prawa używać tego akurat określenia dla moich okrutnych monologów, po których obficie roszę łzami jego pierś, choć wolałabym przestać sama sobie dostarczać do tych łez powodów.
Oszczędzam jednak na pewno pieniądze, dzięki czemu mogę np. wreszcie kupić sobie myszkę do laptopa. A po powrocie do domu odkryć, że carrefour nie jest najlepszym miejscem dla robienia takich zakupów. Pojechałabym ją reklamować, ale korzystanie w Krakowie z samochodu nadal nie jest dla mnie czynnością naturalną i podejmowaną spontanicznie.

Po powrocie z pracy stłukłam Mężczyźnie jeden z jego trzech dużych talerzy, ciągle zapominam o wymianie dyskietki z NFZ, ten zatopiony służbowy telefon działał dziś przez parę godzin, po których sam się wyłączył, w biurze siedzę w przeciągu, a jedyne kozaki na obcasie, jakie miałam, popękały tak radośnie, że wylądowały w kuble.

I nie, to nie są dramaty.
To jest wszystko normalne, tylko mogło wam być trudno wyobrażać sobie, że właśnie tak też u mnie jest, a ja się nie nadaję na ikonę. Co najwyżej na ikonkę.