Teraz Agnieszka zakłada kapelusz. Teraz wychodzi na tramwaj.
Teraz tramwaj podjeżdża. Teraz dzwoni do Agnieszki Mężczyzna.
Teraz Agnieszka odbiera telefon. Teraz Mężczyzna pyta, czy ma zabrać Agnieszce precla, którego jej kupił.
Teraz Agnieszka myśli tylko o tym, że Mężczyzna zaraz nie zdąży wsiąść do tego samego tramwaju.

Teraz Mężczyzna wsiada do tego samego tramwaju.
Teraz mówi Agnieszce, że była obcesowa.
Teraz nie mówi Agnieszce nic o jej kapeluszu.

Teraz się kłócimy.
Teraz idziemy razem do teatru.

Jesteśmy wnukami rewolucji seksualnej. Pokoleniem wolności słowa, wychowanym na Z archiwum X pokoleniem wolności wyznania. Tak otwarci na inność, że aż jej głodni i uczuleni na przeciętność.
Społecznie nadaktywni.
Szlachetni paczką.
Uczestniczący lub przynajmniej zainteresowani.

Joga, teatr amatorski, biały śpiew, fotografia analogowa.

Wszech-bez-stronni.
Samoświadomi.
Wpatrzeni w środek samych siebie, szukając w nim może nowego boga, bo ten Stary zrobił się śmieszny i już zupełnie do niczego nie pasuje.

I chyba trochę o tym jest ta sztuka, choć nie to jest nazwane wprost. Wprost Wyrypajew nazywa jednak parę innych rzeczy, nie bojąc się – jak zawsze ponoć – mówienia o seksie, nie bojąc się – jak zawsze ponoć – wulgaryzmów. Jak ponoć zawsze, oszczędny formą, przykuwa jednak uwagę na jakieś dwie godziny (właściwie, nie wiem; nie mierzyłam).
Muzyka momentami aż za dobra, za fajna. Fabuła zbyt przyjemnie łatwa do wyobrażenia.
Wszystko troszkę „zbyt”, jak może w ogóle tego ostatnio oczekujemy, ciągle nienasyceni i nie do końca, mimo całej tej samoświadomości, znający tego głodu przyczyny.

Szukamy mocnych doznań, zakochujemy się na maksa, pieprzymy na ostro, podróżujemy na najdalsze wyspy i obżeramy… jeszcze rok temu sushi, jeszcze niedawno hummusem, teraz już chyba tylko tempeh, zapijany kefirem z grzybka tybetańskiego.

I nie bronię nikomu szukać, chcieć, pytać.

Nie widzę w tym nic złego.
Bo w ogóle nie widzę nic złego w różnorodności, w zagubieniu, w niepewności, a nawet w udawaniu trochę kogoś innego.

Byle wiedzieć, że się to robi – a czy wiemy?
Byle mieć dystans.
Nie wiem, czy go mamy.

Nieznośnie długie objęcia to nieustannie niewytarte z samych siebie się śmiejecie. Chichoczemy, nie do końca jednak rozluźnieni – nie tylko z powodu zainteresowania dalszym ciągiem wyobrażanych historii. Lekkie spięcie, odczuwane przeze mnie przez większość czasu trwania spektaklu, wiążę z obawą, że za chwilę padną słowa, o których wcale nie będę mogła pomyśleć z całym przekonaniem: Mnie to nie dotyczy.
Czy zresztą, tak naprawdę, rzeczywiście wolno mi to było choć raz pomyśleć?

Wracaliśmy znów tramwajem, znów miałam na głowie nieskomentowany kapelusz, tym razem już nie kłóciliśmy się, wymienialiśmy uwagi o obejrzanej sztuce.

– Mam takich znajomych… – zaczęłam, a potem już mówiłam właśnie o tym, że sama nie jestem pewna, do jakiego stopnia to przypadkiem nie było także o mnie.

Bo, widzicie, ja akurat mam naprawdę wysoką samoświadomość.
A jutro na obiad tempeh.