Tak, ja wiem; jest Boże Narodzenie, a ja, zamiast śpiewać kolędy z rodziną, siedzę przy komputerze.
Co więcej, reszta rodziny wcale nie śpiewa kolęd. Ktoś ogląda w telewizji komedię romantyczną, na którą i ja zerkam jednym okiem; ktoś panieruje kotlety, ktoś na ziemi rozłożył układanki. Mój tata śpi.

A gdyby tak pozwolić każdemu w Święta robić to, na co ma ochotę? Chodzić w piżamie albo w balowej sukience, spacerować albo się lenić. A jeśli to właśnie magia Świąt?

Pierwszy raz pozwoliłam sobie na to dwa lata temu. Chcę Wam dzisiaj opowiedzieć o Cudzie Bożego Narodzenia, którego sama doświadczyłam.

Jak wiecie, dwa lata temu, tuż pod koniec lata, odszedł ode mnie mąż. I choć wydawało mi się do tej pory, że jestem osobą świadomą i empatyczną – nie spodziewałam się tego. Zupełnie nie.

Żeby użyć prostej analogii, to tak, jakby przez dziewięć lat siedzieć z kimś przy stole, rozmawiając – raz spokojnie, raz trochę bardziej nerwowo, czasem milcząc z pobudek romantycznych, a czasem po prostu nie chcąc już się do siebie odzywać – ale jednak stale przy tym samym stole. Trochę się już tego rozmówcę przez to wspólne siedzenie poznało… a nagle on łapie swój kubek mizerii i wylewa ci go na głowę. A kiedy ja robię coraz większe oczy, krztusząc się tymi ogórkami, to jeszcze dolewa wystygłym już sosem. Jest mokro, zimno, tłusto i cuchnie, i kiedy pytasz, co się aż takiego stało i czy jednak nie chce spróbować się może tylko przesiąść razem do innego stolika, to odpowiada, że z tobą nigdy nie mógłby być szczęśliwy.

Wydawało mi się, że umarłam.

Byłam dość martwa w środku, kiedy zaledwie parę tygodni później poznałam Mężczyznę.

A potem zaczęły się zbliżać Święta i byłam totalnie przerażona. Na myśl o tym, że mam siedzieć z rodzicami i bratem, i udawać, że wszystko w porządku. Choć nie ma obok męża i nie mam pojęcia, gdzie jest, a był  przecież od tak dawna. Choć jeszcze w poprzednią Wigilię pod choinkę czekała wielka torba, podpisana przez niego „Najkochańsza”.
Albo kiedy wyobrażałam sobie, że jednak nie będę się zmuszać do udawania i pozwolę sobie ryczeć. Jak niemal codziennie od sierpnia. Że będę ryczeć, kiedy ktoś będzie czytał Ewangelię. Ryczeć przy opłatku. Ryczeć nad karpiem. Nad makówkami i moczką. Przed pasterką, na pasterce i po niej.

Wiedziałam, że Święta muszą być inne od wcześniejszych, bo inaczej umrę jeszcze bardziej.

Mężczyzna zaprosił mnie do siebie. Obiecał, że nie przygotuje żadnych świątecznych potraw.

Rozmawialiśmy wcześniej przez Skype, przez telefon, pisaliśmy do siebie maile. Trochę mnie pociągał, ale znałam go też tylko trochę. I jasne, że się bałam.

Kupiłam mu książkę Rzeczowo o modzie męskiej. Znalazłam kierowcę na  blabla. Ubrałam prostą sukienkę, wzięłam w rękę torbę, stanęłam na stacji benzynowej. Podjechał chłopak, po drodze zapłacił mandat, krótko potem przypomniał sobie, że nie zabrał prezentu dla swojej dziewczyny. Podjechał aż pod Mężczyzny blok, był późny wieczór, klucz czekał pod wycieraczką.
Mieszkanie było puste, na stole talerz z mandarynkami i czekoladkami. Sukienkę zmieniłam na dżinsy i koszulę, położyłam się na kanapie, przykryłam kocem, zasnęłam. Krótko później Mężczyzna wrócił z kolacji u swoich rodziców.

I tak to się zaczęło.

Cud Bożego Narodzenia to dla mnie posłuchanie siebie i pozwolenie sobie na pójście za tym, co ten wewnętrzny głos nam podpowie – bo cud może się wydarzyć tylko wtedy, kiedy mu na to pozwolimy.

Rok temu w grudniu przez trzy tygodnie chodziłam za szefem, prosząc o wypracowaną przez siebie prowizję; w końcu dowiedziałam się, że mogę po nią przyjechać w Wigilię. Przyjechałam po te szalone sto złotych i dziękowałam Bogu, że już tam nie pracuję. Przez miesiąc byłam bezrobotna, a potem dostałam pracę, o której kiedyś nie śmiałabym marzyć.

I nie twierdzę, że to jakaś idealna robota, a na pewno wiem, że nie chciałabym w niej zostać do końca życia. Zjechałabym albo na zawał, albo na nerwicę! Jest jednak absolutnie nieporównywalna z tym, w czym się męczyłam jeszcze dwa lata temu.
Choć jednak wtedy trudno było mi uwierzyć, że mogę mieć się lepiej – zaryzykowałam. Pojechałam 24 grudnia do Nowej Huty.

I tam już zostałam.

Rok temu do wieczerzy wigilijnej zasiadłam z moimi najbliższymi i rodziną męża mojej siostry. Było dobrze, ciepło, miło.

Wczoraj to powtórzyliśmy, nocą poszłam na Pasterkę. Jutro rano wracam do Mężczyzny.

Żadnej magii Świąt nie będzie, jeśli jej sobie nie zaczniecie sami wyczarowywać.
Naprawdę: wystarczy zacząć.

W lipcu pisałamW żadnej galerii nie zawisną moje zdjęcia, bo nie zadbałam o rozwój tego talentu.

Przez dwa tygodnie grudnia na Placu Solnym we Wrocławiu można było oglądać wystawę projektu polsko-islandzkiego, zrealizowanego przez Ośrodek „Pamięć i Przyszłość”. Ilustrację do wystawy stanowiły w większości moje zdjęcia.

Zacznij robić sobie cud, wtedy on wydarzy się na pewno.

IMG_9119m

IMG_9121am

IMG_9124m